To nie “Mistrz i Małgorzata” jest moją najbardziej brudną, pozakreślaną i ponaddzieraną książką. Mimo że również została wydana w haniebnej kolekcji GW – literatura XX wieku lub jakoś tak. Haniebnej, bo pełnej literówek i z oszczędności pozbawionej marginesów. A zatem nie Bułhakow, pewnie dlatego, że każde zdanie godne byłby zaznaczenia, ale rzecz dziejowa, z którą chodzę do wanny i na której stawiam kubek z kawą i która jest moją podkładką pod ciasto*, gdy szkoda czasu na szukanie talerza. W końcu – to zdanie też zakreśliłam – “mam naturę wybitnie konsumpcyjną”…

Romain Gary “Obietnica poranka”. Nie wiem, czy ta książka jest popularna. Dla mnie jest. Nie znam jej zbyt długo, a i może ze 2 osoby, które ją przeczytały. We Francji i autor, i jego książki były znakomicie przyjmowane i nagradzane. On sam również - wielka kariera dyplomatyczna i małżeństwo z gwiazdą kina. A książka z dzisiejszego punktu widzenia może i nieco banalna; może sztampowa – traktuje bowiem o relacjach matka-syn. Matka głównego bohatera (i autora zarazem) zaszczepia w swoim synu przekonanie, że jest stworzony do rzeczy wielkich. I nie ma właściwie znaczenia, do czego konkretnie: literatura, szermierka, lotnictwo, muzyka, taniec, dyplomacja; cokolwiek, byleby przyniosło sławę, pieniądze oraz utarło nosa wszystkim niedowiarkom z Wielkiej Pohulanki 16 w Wilnie. Korowód przesympatycznych historii wypełnia tę książkę, na każdej stronie soczysta anegdota – a to o miłosnym akcie w wykonaniu cukiernika Miszki i jego kochanki, który podejrzeli Roman wraz z kolegami: “Opowiadano nam wówczas historię jakiegoś Stasia, który leżał pomiędzy szynami pod przejeżdżającym pociągiem i wskutek tego przeżycia zupełnie osiwiał. Ponieważ żaden z nas po doświadczeniu z Miszką nie osiwiał, skłonny jestem tamtą historię uważać za wymysł”…, a to o zapłodnieniu przez Romana jakiejś dziewoi: “Kazał mi czytać Prousta, Tołstoja i Dostojewskiego – oświadczyło nieszczęsne dziewczę tonem rozdzierającym serce. – I co ja mam teraz robić?”). Kręte ścieżki prowadzą małego Romana do jego przeznaczenia, śpiewać nie umie (“mój głos wybrał sobie kogoś innego”), podczas lekcji tańca ugryzł go rywal, a pisanie początkowo sprowadza się u niego do wymyślania najdziwniejszych pseudonimów, pod którymi miałoby powstać nieśmiertelne dzieło. Matka wpaja mu tysiące rad – od zachowania się przy stole po stosunki damsko-męskie (“Nigdy nie bierz pieniędzy od kobiety! Nigdy!”), ale jednocześnie wymaga od syna szelmowskich wyskoków, nieszablonowych zachowań, a przede wszystkim bezwzględnej lojalności i ochrony (“On myśli, że nie ma mnie kto bronić, że może mnie obrażać bezkarnie. Ale myli się głęboko! Idź i daj mu w gębę”).
Nie jest to jednak powieść awanturnika, pełna ciepłych historii, podbarwiona jedynie odrobiną chłodu i głodu, które uczyniły z bohatera zahartowanego żołnierza, a potem zręcznego dyplomatę. Jest i drugie dno, na którym leży gęsty muł relacji matczyno-synowskich, niełatwych. Mnie, matkę syna, niezmiernie takie zagadnienia obchodzą, więc zachłannie, choć z trwogą, czytam po raz kolejny te pozakreślane zdania: “Miłość macierzyńska to obietnica, którą życie daje nam u progu i której nie dotrzymuje nigdy. [...] Ilekroć kobieta bierze nas w ramiona i przyciska do serca, są to tylko kondolencje. Zawsze powracamy na grób matki, by wyć na nim jak opuszczony pies. [...] Wszędzie, dokąd pójdziemy, nosimy w sobie truciznę porównań i czas mija na oczekiwaniu tego, co już kiedyś otrzymaliśmy”. Nie jest łatwo wyhamować w byciu matką i nie dopuścić do przegrzania silnika – Roman całe życie miał na celu uszczęśliwienie matki przez wielki czyn, do jakiego był przez nią przysposabiany. Tak mocne miał przekonanie o swojej wyjątkowości, że nabawił się megalomanii, ale i nieraz cudem uniknął śmierci, tylko dzięki wierze w swoje nadzwyczajne powołanie i chęć przypodobania się rodzicielce. Jak to się skończyło, wiedzą ci, co znają powojenne losy autora tej książki. Stąd to ciasto pocieszenia na stronicach, bo przygnębia mnie wizja niszczenia czyjegoś życia przez tzw. “chcę dobrze” – co krok słychać o takich destrukcyjnych związkach, w których ktoś zawsze wie lepiej, co jest dla innych słuszne i jak do tego dojść. Żeby jeszcze wystarczyło zjeść gumowy pantofel, jak to ofiarnie czyni Roman dla dziewczynki, w której się zakochał! Większe upokorzenia się znosi, by zadowolić otoczenie, tyle, że potem z trudem zdobyte zaszczyty wcale nie cieszą, a z ust tego, kogo chciało się uszczęśliwić, pada nieśmiertelne: “Stać cię na więcej”!
Zaznaczam kolejne mądrości w tej książce. Uczę się, bawiąc:)
—
*ciasto: 1,5 tabliczki czekolady+masło+2 jajka+łyżka mleka+2 szklanki mąki. Godzina w 190.





