Feed on
Wpisy
Komentarze

Wakacje z kurami

)

Wstęp do wakacji. 10 dni bez aparatu fotograficznego i nieustającego dostępu do sieci. Kury i dojrzewające poziomki. Wyklują się bociany i bedą uczyły się latać…

Zobaczymy się w czerwcu. Adieu!

Jejusmargaryna

Kto tu bywa, wie, skąd się wzięła jejusmargaryna. Ale nawet jeśli nie wie, skąd znam to słowo, to zna jejusmargarynę, bo każdy taką w swoim świecie (przynajmniej jedną) ma…

greetings from Porto

Jejusmargaryna to smak, który zmienia optykę, rzeknę więcej - stawia świat na głowie, rzeknę jeszcze więcej - rozbiera świat do naga i ubiera go w nowe odzienie, człowieka zostawiając sam na sam z nieznanym doznaniem. A człowiek, co w jego naturze, przerzuca tę nowość z ręki do ręki, z myśli do myśli jak gorącego kartofla i poszukuje paraleli - czy ja to znam, z czym to mam porównać, do czego to podobne? Jejusmargaryna wytrąca z ręki broń, jaką jest przyzwyczajenie… Jejusmargaryną jest na przykład konfitura z porto*, czyli z wina. Już konsystencja - słodka i gęsta oszałamia i wabi. Samo porto w winnej postaci jest wynalazkiem na miarę koła, za to konfitura jest podniesieniem do potęgi aromatu i słodyczy. Jak magdalenka Marcela prowadziła do dzieciństwa, tak portokonfitura prowadzi mnie wąską ścieżyną w drugą stronę - w świat jeszcze do zdobycia i łupów, które są do zagarnięcia. Przez moment samo patrzenie wystarczy - karminowa kropla na pleśnowym serze. Błyszczy lakową czerwienią, droczy się ze mną (wyglądam przecież jak zwykły dżem:), próbuje odroczyć, co nieuniknione (pobłyszczę się jeszcze, a ty na mnie popatrz:). Nie ma siły na jejusmargarynę - kwestia wymaga rozstrzygnięcia. Pleśniowy dym sera i szlachetny cukier porto. Ech, wiruje kula ziemska, w ciemnościach ginie to, co pospolite, a oświetlone zostaje to, co nowe. Jak ze ściany farba, tak ze mnie płatami odpada wspomnienie rosołu, kotleta, kiszonego ogórka… Jejusmargaryna wypełnia po nich pustą przestrzeń dokładnie i do granic. Rządzi niepodzielnie, trzymając naród na kolanach do krańca wytrzymałości… 

I oczy zasnuwa obraz spokojnego morza, błękitnego i wzbudzającego nostalgię. Na falach kładą się cienie sierpniowego słońca. Liście drzew pomarańczowych szykują się do podróży, a młody koliber co chwila próbuje wystartować do pierwszego lotu…**

A potem do pokoju wchodzi Virginia Woolf i krzyczy: - Dlaczego nikt się mnie nie boi? 

* najmłodszy bracie mój - dziękujemy za odrobinę Porto w naszym domu!

** reminiscencje po lekturze “Orlanda”:)

 

Konstans

brooch

W dzieciństwie nosiłam broszki z łopianu i kolczyki z wiśni. Chodziłam po płotach i zapuszczałam się w dzikie chaszcze w poszukiwaniu zardzewiałej puszki po groszku konserwowym, która zazwyczaj służyła za garnek w dziewczęcych zabawach w dom. Podglądaliśmy zwyczajowe przedwielkanocne świniobicie i dziadka uganiającego się za prosiakiem, a potem czekaliśmy na głuche łup, spadające nieubłaganie na kark wieprza. Osobiście odrywałam ze swojego kolana grube skorupy strupów tylko po to, by zobaczyć, co jest pod spodem - jeszcze świeże mięso czy już zasklepiona, lśniąca blizna… A bałam się jedynie węża pod łóżkiem, którego istnienie wmówiłam sobie po obejrzeniu jakiegoś filmu dla dorosłych. Wstanie w nocy do łazienki graniczyło z cudem i kilka razy o mało nie zakończyło się katastrofą… 

Niewiele się zmienia, to już potwierdzone spostrzeżenie. Mlecz puchaty za uchem, broszka z kopru. Chodzę po ogrodzeniu piaskownicy i zapuszczam się w dzikie chaszcze w poszukiwaniu piłki. Podglądam bez zażenowania sąsiadów przez ich otwarte okna, a oni z kolei bez skrępowania obserwują mnie… Czasem jest to bardziej ekscytujące niż niejedno świniobicie:) Bez zmrużenia okiem przemywam skaleczony palec F., choć obiecałam solennie nie dotykać jego strupów in spe, które pojawią się przecież wraz z nauką jazdy na rowerze:) A filmów boję się nadal, koleżanka B. może zaświadczyć, że po obejrzeniu japońskiego “Kręgu” miałam problem z przejściem ciemnym korytarzem do kuchni, co o mało nie skończyło się płaczem…

Czyli konstans. Ale jakie wnioski? Czy się nie zmieniam? Czy rzeczywiście tak niewiele się zmieniam? Czy się wciąż zmieniam, ale jeszcze się nie zmieniłam? Czy zmieniłam się na zawsze w dzieciństwie, czy dzieciństwo mnie zmieniło…? Odpowiedź jest jedna - zbyt wiele alkoholu we krwi zmienia punkt widzenia…

(Żeby się tak w czyjś pępek zapatrzyć… Tak mówiłyśmy, A., pamiętasz?)

Zmarszczka nr 1

B. donosi w liście o pierwszej zmarszczce. Niby pojawiła się znienacka, jak wampir Lestat wbiła swoje zęby w nieskazitelnie gładką twarz i nadszarpnęła kruche poczucie stałości i jędrności, jakim B. szczyciła się przez 30 lat życia. Zmarszczka niby niewielka, a jednak z godziny na godzinę rozrastająca się do rozmiarów Rowu Mariańskiego. Niewiele trzeba, by machina się rozpędziła i została naprowadzona na cel, którym jestem ja i odpowiedź na pytanie: - Ty już też odkryłaś jakąś zmarszczkę? Nie umiem odpowiadać na podobne pytania. Ale, przyparta do muru, wyłuszczam: tak, odkryłam, a moja zmarszczka jest pojemna jak spora torba podróżna, jak marynarski worek, gruba jak bela materiału i wielkokrotnie złożona jak metafora poetycka. Tłumaczę - jak dziecku, wszak po 30. człowiek rodzi się raz jeszcze, z czego składa się rasowa zmarszczka: z wylanych łez, z ochów i achów nad dotychczasowymi miłościami, z szaleństw studenckich imprez, z podkradanych papierosów, z piwa otwieranego zębami, ze słów “Nie będziemy już o tym rozmawiać”, drżenia łydek przed pierwszą kwalifikacyjną rozmową, z wiśni w kompocie oraz z innych składników, których nie warto tu wymieniać, bo każdy pomarszczony ma swój zestaw (a ja nie będę przecież do końca obnażać mojej pierwszej zmarszczki). 

a beard

I tyle tłumaczeń. Zanotuję jeszcze, że tak naprawdę zmierzam w zupełnie innym kierunku niż pierwszozmarszczkowe kobiety. Będę zapuszczać brodę, zaiste gęstą i ciemną… To będzie broda “malinowy chruśniak”, słodka i bezwzględna. W niej to zaplączą się moje myśli o zmarszczkach, niespełnieniach i niezrealizowanych pomysłach. W niej uwiją gniazdo kosy i śpiewem odpędzą głupie pretensje, żale i nieuzasadnione paplaniny. Tu mieszkać będzie Ciotka Borowa, która na kaszubskich bagnach nęci wędrowców i ich topi, a w brodzie mej zatrzyma nędzne chwile zwątpienia i podupadania na duchu. Wszystkie te brodate zasieki są właśnie po to, by do głowy mojej nie przedostała się żadna, nawet najdrobniejsza, chęć zapytania kogokolwiek o jego pierwszą zmarszczkę. 

Adieu, dziś czytam “Orlanda” i kiziam się z Virginią Woolf. Czyli cukier w normie.