Kiedy już opryskałam gardło szlachetnym Tymsalem – szlachetnym! ponad 30% alkoholu! – i poczułam się doprawdy o niebo lepiej, pomyślałam o wojnie. Zawsze myślę o wojnie, gdy zażyję Tymsal, zawsze, gdy zażywam coś, co poprawia moje zdrowie, co przepędza cielesne dolegliwości. Natychmiast się przełączam na obrazy wojny, gdzie brak bandaży, aspiryny, czystej bielizny. Chyba zanadto rozpieczonam, bez prysznica nie wybrałabym się na żadną wojnę, bez tuszu do rzęs na żadne powstanie. Nie widzę się na barykadzie bez filiżanki z kawą i internetowych plotek. Doprawdy, czasami myślę, że szczepionka z cynizmu zakończyłaby wiele wojen na początkowym etapie.



To lekcja dra H., rzecz jasna. To było piękne, kształcące lato – kilka sezonów cennych rad i celnych uwag. Obserwacja pierwsza: ludzie zawsze kłamią podobno – chcą czy nie chcą, bez znaczenia, oszukują siebie, a potem ich doskonale wyćwiczona psychika oszukuje już sama, bez pomocy, korzystając z wieloletniego doświadczenia; ciało zresztą też kłamie, wprawny słuchacz mowy rąk i oczu bezbłędnie tego dowiedzie. Sprawa druga: humanitarne podejście do rzeczywistości jest towarem przereklamowanym i odrobina wstrząsowej terapii nikomu nie zaszkodziła. Jak pokazują próby, populacji przydają się ostre momenty prawdy, bez poklepywania po plecach i pocieszającej bawełny. Raz a dobrze i człowiek wraca do pionu. Sprawa trzecia: nie zawsze ważny jest powód, czasem najważniejszy jest cel. W filozofii dra H. sprowadza się to do stwierdzenia: “nieważne dlaczego cię leczę, ważne, że cię wyleczę”. Z Hipokratesem to by się piwa nie napił, może nawet by się pobili, w nosie ma takt i etykę, wydaje się jednak, że dla pacjenta – choćby i sponiewieranego psychicznie – nie powinno mieć specjalnego znaczenia, gdy opuszcza szpital żywy i na dodatek wyleczony. To ładna maksyma – do zastosowania w różnych sferach życia. Czuję się nieco oświecona, pewnie późno i nieskutecznie na dłuższą metę, ale w nosie to mam i wdzięcznam scenarzystom amerykańskim za tę postać, choć doprawdy nie chciałabym być – jak niektóre wielbicielki serialu – choćby rękawiczką na dłoni doktora lub końcówką jego stetoskopu:) Były w czasie seansów jednak takie momenty, gdy się gorączkowałam: też tak mam, skąd to znam! Też mnie od czasu do czasu podobna złość na ludzi bierze, złość, którą zamierzam pielęgnować, a nie ogarniać marną psychoterapią lub religią. Zdrowe emocje podstawą zdrowego społeczeństwa – it’s true, isn’t?
Zanim gorączka 6. sezonu powróci, ja wracam na blog, choć prawdę powiedziawszy z trudem. Myśli niespisane uciekły, ręka – delikatnie rzcz ujmując – zwiędła, sny szalone nawet się nie dały zapamiętać. Twórczość moja w stanie delikatnego rozkładu – nawet zdjęć nie robię (korzystam z archiwum, choć na krótko wystarczy pewnie). Choć ostatnio próbuję materii filmu, drobnym krokiem, bez podskoków. Trudne to jednak jest, szczególnie bez dobrego sprzętu. Oswajam się też z jesienią, wypożyczam książki i dopiero gdy już przeczytam tę “Biegnącą z wilkami”, zajrzę do sąsiadów na blogi…
Tak, bogatą jesień przyniósł Dziadek Mróz:)




