Kanały:
Wpisy
Komentarze

Sezon 6

Kiedy już opryskałam gardło szlachetnym Tymsalem – szlachetnym! ponad 30% alkoholu! – i poczułam się doprawdy o niebo lepiej, pomyślałam o wojnie. Zawsze myślę o wojnie, gdy zażyję Tymsal, zawsze, gdy zażywam coś, co poprawia moje zdrowie, co przepędza cielesne dolegliwości. Natychmiast się przełączam na obrazy wojny, gdzie brak bandaży, aspiryny, czystej bielizny. Chyba zanadto rozpieczonam, bez prysznica nie wybrałabym się na żadną wojnę, bez tuszu do rzęs na żadne powstanie. Nie widzę się na barykadzie bez filiżanki z kawą i internetowych plotek. Doprawdy, czasami myślę, że szczepionka z cynizmu zakończyłaby wiele wojen na początkowym etapie.

season 5

season 5

season 5

To lekcja dra H., rzecz jasna. To było piękne, kształcące lato – kilka sezonów cennych rad i celnych uwag. Obserwacja pierwsza: ludzie zawsze kłamią podobno – chcą czy nie chcą, bez znaczenia, oszukują siebie, a potem ich doskonale wyćwiczona psychika oszukuje już sama, bez pomocy, korzystając z wieloletniego doświadczenia; ciało zresztą też kłamie, wprawny słuchacz mowy rąk i oczu bezbłędnie tego dowiedzie. Sprawa druga: humanitarne podejście do rzeczywistości jest towarem przereklamowanym i odrobina wstrząsowej terapii nikomu nie zaszkodziła. Jak pokazują próby, populacji przydają się ostre momenty prawdy, bez poklepywania po plecach i pocieszającej bawełny. Raz a dobrze i człowiek wraca do pionu. Sprawa trzecia: nie zawsze ważny jest powód, czasem najważniejszy jest cel. W filozofii dra H. sprowadza się to do stwierdzenia: “nieważne dlaczego cię leczę, ważne, że cię wyleczę”. Z Hipokratesem to by się piwa nie napił, może nawet by się pobili, w nosie ma takt i etykę, wydaje się jednak, że dla pacjenta – choćby i sponiewieranego psychicznie – nie powinno mieć specjalnego znaczenia, gdy opuszcza szpital żywy i na dodatek wyleczony. To ładna maksyma – do zastosowania w różnych sferach życia. Czuję się nieco oświecona, pewnie późno i nieskutecznie na dłuższą metę, ale w nosie to mam i wdzięcznam scenarzystom amerykańskim za tę postać, choć doprawdy nie chciałabym być – jak niektóre wielbicielki serialu – choćby rękawiczką na dłoni doktora lub końcówką jego stetoskopu:) Były w czasie seansów jednak takie momenty, gdy się gorączkowałam: też tak mam, skąd to znam! Też mnie od czasu do czasu podobna złość na ludzi bierze, złość, którą zamierzam pielęgnować, a nie ogarniać marną psychoterapią lub religią. Zdrowe emocje podstawą zdrowego społeczeństwa – it’s true, isn’t?

Zanim gorączka 6. sezonu powróci, ja wracam na blog, choć prawdę powiedziawszy z trudem. Myśli niespisane uciekły, ręka – delikatnie rzcz ujmując – zwiędła, sny szalone nawet się nie dały zapamiętać. Twórczość moja w stanie delikatnego rozkładu – nawet zdjęć nie robię (korzystam z archiwum, choć na krótko wystarczy pewnie). Choć ostatnio próbuję materii filmu, drobnym krokiem, bez podskoków. Trudne to jednak jest, szczególnie bez dobrego sprzętu. Oswajam się też z jesienią, wypożyczam książki i dopiero gdy już przeczytam tę “Biegnącą z wilkami”, zajrzę do sąsiadów na blogi…

Tak, bogatą jesień przyniósł Dziadek Mróz:)


Zawiesz…e…nie

Zawieszam blog do momentu obejrzenia przeze mnie wszystkich sezonów dra House’a. To może trochę potrwać, gdyż uczę się od niego życia. Pozdrawiam.

Burza

dance

Majowej burzy nie oszukasz, szybsza i płodniejsza od samej Matki Ziemi.
Sama sieje i sama zbiera. Kotłasi pierzaste i wydyma chmurzaste waciaki.
Gęsta i dumna, idzie, drze liście, gna piach pod krawężnik, kręci wiatrem jak biczem.

We śnie idziemy przez las, by poczuć powietrze zlane deszczem, ale nie przesiąknięte zmokłym kurzem asfaltu.
Na polanie czerwony hydrant, a pod jego kołnierzem z drobin wody skaczą dzieciaki i jaszczurki.
W przerwie harców dzieci poznają świat przyrody, ściągając jaszczurkom skórę przez głowę.

Jeśli jest ci duszno, rozepnij guzik koszuli, jeśli jesteś zmęczony, siądź na liściu,
mrówka przyniesie ci lody. Zimny powiew chłodzi szalone białe grona bzu nad werandą.
Niezwykły blask złota w kieliszku. Kropla wina zawieszona na paznokciu małego palca.

Na drodze ruch. Może z tej burzy kto łaskaw zabierze nas autostopem… Miasto i kolejna duszność.
Nieznośny kaszel, stołeczne dławienie w gardle. Kierowca zostawia nas na rogatkach, kierunek centrum.
Nie do uwierzenia: obudzić się w środku burzy z jaszczurczą skórką w ręce.

Alfama, kuchnia

Pewnie każdy ma swój typ i gusta. Ja mam swój – uważam, że największym  afrodyzjakiem jest najzwyczajniej przyrządzona, ale najświeższa ryba. Utwierdziłam się w tym przekonaniu (którego echa pobrzmiewały we mnie już od jakiegoś czasu), gdy w kuchni na Alfamie, na starej kuchence opalanej gazem z butli, odsmażaliśmy wielkie sardele. Posolone jedynie. Ja nie znam bardziej odurzającego zapachu i zwiastującego większą przyjemność od aromatu sardeli, która oddaje oliwie wszystkie swoje bogate soki, które można z patelni wprost wyjadać bułą. I oblizywać palce. Swoje albo i nie.

 my kitchen in Lisbon

Poza rybami nie zaznałam olśnień w portugalskiej kuchni. Chleb bardzo średni – choć odkryliśmy ciekawe pieczywo z zapieczoną w nim kiełbasą chorizo. Nie zachwyciły mnie pastéis de Belém, słynne babeczki śmietankowe, którymi znaczna część moich towarzyszy zajadała się przy każdym wyjściu do miasta. Portugalia – jak Włochy – rozkochana w espresso, więc moje słabe serce, skazane na kawę z mlekiem, doznawało obrzydzenia na widok tamtejszych latte, a Portugalczykom trudno było zrozumieć, że można nie lubić małej, intensywnie czarnej. Ale polubiłam małe lokale z bułą nadziewaną pieczonym mięsem i musztardą, małe przekąski z mielonej ryby w cieście, kieliszki wiśniówki po drodze, porcje melonów i mamao, sprzedawane z widelcem, gotowe do spożycia. 

Ale to o rybie powinny postawać pieśni fado. Powstają, choć nie bezpośrednio, bo sławią rzekę, która takich rozkoszy dostarcza. W Lisbonie (taką pisownię przyjmuję od teraz, bo mi się podoba) trwa już pewnie w najlepsze sezon na grillowane sardele. Kto żyw rozstawia przenośne grille i zasmradza najbliższą okolicę wonią ryb. Zwołuje sąsiadów i częstuje. Są nawet na pocztówkach – dziarscy staruszkowie (zupełnie jak ten szlifierz noży z “Lisbon story”), co grillują niemal na torach tramwajowych. A żółty tramwaj ma czas (“calma, calma”), zatrzymuje się, ludzie się wysypują z wagonu, próbują, gadają, zmierzcha się, wsiadają i jadą, pocierając językiem o podniebienie, bo czyż jest co lepszego? Prawdziwa jejusmargaryna.

O winie napiszę wkrótce, gdy rozsmakuję się w tych kilkunastu butelkach, które przywieźliśmy:)

PS. W “Lisbon story” na jednym z ujęć widać fragment domu, w którym mieszkaliśmy. No czysta magia:)

Starsze wpisy »