Zawieszam blog do momentu obejrzenia przeze mnie wszystkich sezonów dra House’a. To może trochę potrwać, gdyż uczę się od niego życia. Pozdrawiam.

Majowej burzy nie oszukasz, szybsza i płodniejsza od samej Matki Ziemi.
Sama sieje i sama zbiera. Kotłasi pierzaste i wydyma chmurzaste waciaki.
Gęsta i dumna, idzie, drze liście, gna piach pod krawężnik, kręci wiatrem jak biczem.
We śnie idziemy przez las, by poczuć powietrze zlane deszczem, ale nie przesiąknięte zmokłym kurzem asfaltu.
Na polanie czerwony hydrant, a pod jego kołnierzem z drobin wody skaczą dzieciaki i jaszczurki.
W przerwie harców dzieci poznają świat przyrody, ściągając jaszczurkom skórę przez głowę.
Jeśli jest ci duszno, rozepnij guzik koszuli, jeśli jesteś zmęczony, siądź na liściu,
mrówka przyniesie ci lody. Zimny powiew chłodzi szalone białe grona bzu nad werandą.
Niezwykły blask złota w kieliszku. Kropla wina zawieszona na paznokciu małego palca.
Na drodze ruch. Może z tej burzy kto łaskaw zabierze nas autostopem… Miasto i kolejna duszność.
Nieznośny kaszel, stołeczne dławienie w gardle. Kierowca zostawia nas na rogatkach, kierunek centrum.
Nie do uwierzenia: obudzić się w środku burzy z jaszczurczą skórką w ręce.
Napisane w Detale | Komentarzy: 7 »
Pewnie każdy ma swój typ i gusta. Ja mam swój – uważam, że największym afrodyzjakiem jest najzwyczajniej przyrządzona, ale najświeższa ryba. Utwierdziłam się w tym przekonaniu (którego echa pobrzmiewały we mnie już od jakiegoś czasu), gdy w kuchni na Alfamie, na starej kuchence opalanej gazem z butli, odsmażaliśmy wielkie sardele. Posolone jedynie. Ja nie znam bardziej odurzającego zapachu i zwiastującego większą przyjemność od aromatu sardeli, która oddaje oliwie wszystkie swoje bogate soki, które można z patelni wprost wyjadać bułą. I oblizywać palce. Swoje albo i nie.

Poza rybami nie zaznałam olśnień w portugalskiej kuchni. Chleb bardzo średni – choć odkryliśmy ciekawe pieczywo z zapieczoną w nim kiełbasą chorizo. Nie zachwyciły mnie pastéis de Belém, słynne babeczki śmietankowe, którymi znaczna część moich towarzyszy zajadała się przy każdym wyjściu do miasta. Portugalia – jak Włochy – rozkochana w espresso, więc moje słabe serce, skazane na kawę z mlekiem, doznawało obrzydzenia na widok tamtejszych latte, a Portugalczykom trudno było zrozumieć, że można nie lubić małej, intensywnie czarnej. Ale polubiłam małe lokale z bułą nadziewaną pieczonym mięsem i musztardą, małe przekąski z mielonej ryby w cieście, kieliszki wiśniówki po drodze, porcje melonów i mamao, sprzedawane z widelcem, gotowe do spożycia.
Ale to o rybie powinny postawać pieśni fado. Powstają, choć nie bezpośrednio, bo sławią rzekę, która takich rozkoszy dostarcza. W Lisbonie (taką pisownię przyjmuję od teraz, bo mi się podoba) trwa już pewnie w najlepsze sezon na grillowane sardele. Kto żyw rozstawia przenośne grille i zasmradza najbliższą okolicę wonią ryb. Zwołuje sąsiadów i częstuje. Są nawet na pocztówkach – dziarscy staruszkowie (zupełnie jak ten szlifierz noży z “Lisbon story”), co grillują niemal na torach tramwajowych. A żółty tramwaj ma czas (”calma, calma”), zatrzymuje się, ludzie się wysypują z wagonu, próbują, gadają, zmierzcha się, wsiadają i jadą, pocierając językiem o podniebienie, bo czyż jest co lepszego? Prawdziwa jejusmargaryna.
O winie napiszę wkrótce, gdy rozsmakuję się w tych kilkunastu butelkach, które przywieźliśmy:)
PS. W “Lisbon story” na jednym z ujęć widać fragment domu, w którym mieszkaliśmy. No czysta magia:)
Napisane w Detale | Otagowane Lisboa | Komentarzy: 11 »

Pierwsze pranie w Lizbonie bardzo się udało. Wyschło. Kolejne już nie wysychały pod rześką bryzą Tagu, ale zalegały grzejniki w całym domu. – Paskudny ten kwiecień, wyjątkowo – mówili przygodnie spotkani. Padało i wiało, przyginało te cytrynowe i pomarańczowe drzewa do ziemi.
W taki deszczowy czwartek tuż przed ślubem czesała mnie fryzjerka z Alfamy. Trochę ponad 40 lat, starannie ułożone włosy, kilka pasm zakręconych lokówką. Odprasowany fartuch. Pyta, czy czeszemy na bogato, to znaczy z tapirem, który na dzielnicy oznacza wysoką pozycję społeczną. Jak to było? “Coco”, “koko”? Policzyłam później – 18 wsuwek i ten zapach lakieru do włosów, którego chyba nie zapomnę. Nie może się nadziwić potrzebie przebycia połowy Europy, by na krańcu kontynentu wziąć ślub. – Miasto jak każde inne – twierdzi. – A gdzie tam! – wszystko we mnie protestuje. Podejrzewam, że cały kwartał ulic o nas plotkuje, zważywszy, że drogi M. przed ślubem strzygł się u lokalnego fryzjera męskiego kilkadziesiąt schodów niżej.
Do ślubu jechałam tramwajem przez całe miasto. F. w koszuli z muchą pod szyją zachwycał i stał się gwiazdą wieczoru. Kolację jedliśmy tu – w miejscu, które tylko Polka z piękną duszą mogła stworzyć, a Portugalczycy z piękną duszą pokochać. Podobał mi się zmierzch tego wieczoru. Odpowiadał wszystkim moim wyobrażeniom. Czyli niewyobrażalnie lizboński. Stalowy. Błękitny. Nieruchomo spokojny.
Napisane w Detale | Komentarzy: 19 »


