

Nadal czytam dziennik Virginii Woolf – właściwie nie czytam, a liżę po parę zdań wieczorem – albo nie mam sił, albo trochę mi żal, bo za szybko czytam. I jak się zmienia we mnie ta postać! Z efemerycznej, wiotkiej i chorej (wszystko przez film i książkę “Godziny”) Virginia zmienia się w mocną babę, nie tylko mającą poglądy polityczne i wpadającą w depresję, gdy nie ma dostępu do świeżej prasy, ale kobietę, która umie upiec chleb, wyczyścić kominek i rozpalić w nim, pędzić na rowerze po okolicy i porządnie ofukać marudzącą służącą. A do tego lubi zakupy, obiady proszone i… suknie. Ośmieliła się nawet napisać, że w jednej ze swoich kreacji wygląda całkiem ładnie. Cóż za szczyt próżności! W dzisiejszych czasach jej skromność traktowana byłaby nawet nie jako staroświeckie ramoty, ale brak dobrego PR… Ale ja lubię taką powściągliwość i pewne zażenowanie, kiedy człowiek się wstydzi, prawiąc sobie samemu komplementy…
Kilka tygodni temu miałam na ten temat rozmowę ze sobą – czy pokazywać siebie na zdjęciach, gdzie torba jest najważniejsza? Przełamałam się i w sobie skrywaną chęć do próżności i ekshibicjonizmu… Nikomu to chyba nie zaszkodzi…



Lovely bag and I LOVE your top!!!
no ba! pewnie że pokazywać, i siebie i torby!
a bluzeczka faktycznie świetna
Przełamać się trudno, ale jeszcze trudniej o jakąś modelkę, co by czasu nie pożałowała i zapozowała za darmo… Zatem niespecjalny wybór miałam…