Jedne nowe, inne stare, wyciągnięte z czeluści piwnicznych i strychowych… Jeszcze inne kupione od ludzi, którzy często nawet nie wiedzą, jakie skarby mają i sprzedają piękne materiały za grosze…

A w sobotę byłam w centrum miasta… Po zwykłe rzeczy – chleb i jajka. Przy ulicy - na chodniku – kawiarnia, stoliki, dymiące filiżanki, dymiące kieliszki. Ogromne parasole, bo ciepło, nikogo nie widać. Za to słychać rozmowy – o szminkach, ciuchach, książkach, filmach, mężczyznach, letnich szaleństwach, wakacyjnych podbojach. A chwilę później o przetworach jesiennych, jabłkach-gruszkach-porzeczkach, o dzieciach, a potem o wnukach. Trudno zajrzeć pod ten parasol, ale jednak trzeba – może pod nim tkwić jakaś jeszcze nieodkryta prawda… Sześć kobiet, każda siwa, ale elegancko uczesana, w ładnej bluzce. Spódnice nieco frywolne, powiewne, na stopach sandały… Sześć sikorek, trajkoczących jak nastolatki. Coś pięknego, takie rozświergotanie, nieustająca świeżość spojrzenia, chęć, energia, niestrudzenie. Zazdrość się wdarła w moje trzydziestoletnie ciało, a może bardziej w ducha, trącając go prowokacyjnie i zmuszając do jakiegoś żwawszego ruchu… Niby nic, a jednak łatwiej mi było przynieść do domu chleb, jajka i wielkie opakowanie pampersów…



Jestem zafascynowana Twoim blogiem. Coś miłego, coś, co dzień maluje pięknie : )))))
A mnie się podoba ten patszkowy. Cudny taki :D
Ta ptaszkowa tkaninka cuuuuuuudo!