

Lubię germańskie słowa określające książkę, bo mają w sobie to “puch i puf”, znane skądinąd z którejś księgi “Tytusa, Romka i Atomka”, gdzie Tytus słusznie zauważa, że książki puchną po pewnym czasie i nie daje się ich zmieścić na półkach… Odłożona przeze mnie przed paroma dniami – przeczytana już, niestety, Virginia - naprawdę nabrała wiatru między strony i poważnie przytyła. Dusza czytelnika jest tam ukryta i będzie straszyć innych odważnych, gotowych łyknąć 600 stron – bez indeksu:). “Puch i puf” miały też wszystkie czytane powieści, wydawane w twardych oprawach na chropowatym papierze (takim z włoskami), na którym widać rozlewający się druk – czyli te wydane przed ‘89, wtedy książki wydawano naprawdę starannie i pięknie, w których nie zdarzało się spotkać 5 przeniesień jedno pod drugim. Dzisiaj typografowie i drukarze starej daty rwą sobie resztki włosów z głowy…


Nie mam żalu, że Różycki nie dostał Nike… może to i lepiej… Myśliwski to słuszny wybór, pisarz starej daty, gawędziarz, snujący opowieści do herbaty. “Traktat o łuskaniu fasoli” czytałam przed rokiem, sama mając w brzuchu dużą fasolę i chciało mi się właśnie takich opowieści dla nieruchawych dużych kobiet z dużym brzuchem… Pięknie się toczy ta opowieść, aż się człowiek dziwi, że narratorowi nie wysycha gardło, nie boli go język. Pamiętam z domu babci różne kolorowe historie, opowiadane przy czyszczeniu grzybów i sortowaniu ziemniaków. Nie było w nich za wiele wojennych opowieści, może babcia uznawała (nadal pewnie tak jest), że jesteśmy wciąż za mali na takie anegdoty… Mimo wszystkiego, wolę jednak “Widnokrąg”, to jest dopiero wielka saga o życiu, a do tego przezabawna (trudniej o takie fragmenty w “Traktacie…”), a przygody z szukaniem buta do dziś czytam za każdym razem, jeśli ta książka wpadnie mi w ręce… No więc nie mam żalu, bo Różycki gdzieś opowiadał, że jak nie pisze, to mu rośnie fantomowa trzecia ręka i go świerzbi… Czyli są szanse na kolejny tom wierszy…

I koniec dziennika pani Woolf, szczęśliwej mężatki, która romansowała z innymi szczęśliwymi mężatkami, dalekiej od politykowania, a pilnie udzielającej się wśród polityków, niewrażliwej na drobiazgi pani domu, która z lubością rozbudowuje posiadłość na wsi, kupuje broszki, rękawiczki i płaszcze, która pielęgnuje ogród, zbiera śmietanę z mleka, a w czasie wojny dzielnie smaży jajecznicę na kominku. I poważnej literatki, która pisze biografię psa i namiętnie gra w bule, wpadając w depresję po każdej przegranej… Ludzka natura w całej złożoności, biedzie i urodzie… Wzruszyłam się na ostatniej stronie, gdzież ja teraz znajdę taką piękną bohaterkę, kto mi taką książkę napisze?



rzadko komentuje blogi- wlasciwie tego nie robie ale tu i teraz robie wyjatek zeby ci powiedziec, ze jestem oczarowana, oczarowana twoim pisaniem, twoimi zdjeciami, twoimi torbami… bardzo lubie tu przychodzic… pozdrawiam i przyjemnego wieczoru zycze
A mnie jest niezmiernie miło gościć tak ciepłych i bezpośrednich czytelników. To ważne wiedzieć, co napisane lepiej, a co czytelniej trzeba pisać, dlatego mam nadzieję na twoje częstsze tu wizyty… Dziękuję i do zobaczenia!
Dear Monika, your world is so strange and full of poetry… Do you know the lovely but very strange picture of Wojciech Jerzy Has , “Sanatorium pod Klepsydra” (The Sandglass) ? ; the author of the tales was Bruno Schulz…
I write, too, and draw (very few) and make photographs, but no patchworks for me : so, yours are very nice to see, really !
I’m arriving from the dreamy and girly “World of Lavandula”…
Hello, friend! (what is your name?)
Thank you for visiting my blog and beautiful compliments…
Yes, i know this film and this author and i think he is most magic european author. I love his books and illustrations.
English version on my blog – any day!
Thank you for your time,
warm regards!