
Odczuwam wielką wdzięczność wobec ludzi, którzy potrafią opisać coś, co czuję, a z opisaniem czego miałabym wielki problem. Pewnie stąd moja nieokiełznana miłość do literatury, w niej gadają za mnie… A ostatnio – jak zawsze przypadkiem – trafiłam ponownie na słowa wielkiego Antona: “Nie ma właściwie czegoś, w czym nie mógłbym się zakochać. Potrafię zakochiwać się w przedmiotach, samochodach, rekwizytach, w pogodzie, kobietach, winie. W zasadzie zawsze jestem zakochany. Pewnego dnia zakochałem się w fotografii. Potem zakochałem się w filmie [...]“. A jeszcze później zakochał się w teatrze i powstało (brzmi to cokolwiek lekko, ale było jednak harówką) Derevo! Ten najpiękniejszy na ziemi teatr, najbardziej zabawny, wzruszający, dogłębny, najmocniejszy… To musiało być mocne zakochanie. Nie będę się rozwodzić nad naszym pierwszym spotkaniem, wystarczy, że z sali teatralnej po ich “Czerwonej strefie” wyszłam ja-nie ja, ktoś inny i zyskuje na blasku banał, że świat nie był już taki sam. Opowieść o nadwrażliwości i uwiązaniu, o chęci uwolnienia się z tego, co trzyma w świecie, a jednocześnie historia żalu, za odrzuconym bagażem… Cały zespół tego teatru jest piękny – wyrzeźbieni, prości, szczupli, jak struny mocni. Widać po nich, że wybór został dokonany – odeszli z codzienności w teatralną, nieco abstrakcyjną (co nie znaczy nieprawdziwą) rzeczywistość… Zazdroszczę determinacji… Widziałam ich też w morderczych spektaklach ulicznych, po których spływali potem, a po przedstawieniu patrzyli nadal rozgorączkowanym wzrokiem… Praca, jaką wykonują, wzbudza we mnie szacunek i podziw.

Tak dumam z nogami na stole. Wieczorem jest czas na czytanie i oglądanie pięknych rzeczy, choćby i w gazetach. Inspiracja zawsze w cenie. W ostatniej”Kuchni” zamieścili sesję z cynowymi naczyniami. Nie mam cyny w domu i żałuję – choć gdzieś pewnie bym znalazła jakiś powyginany dzbanek albo wiadro. To fantastyczny materiał i jaki wdzięczny, choć niewdzięczny, przez wyginanie właśnie… Chyba marzę o łyżce z cyny z rzeźbioną rączką… Czas na Koło Bazar…



W każdym domu jest coś, co barwi jego przestrzenie, wielkość stanowi, za ciepło odpowiada i jest różdżką do najpiękniejszych marzeń domowników. Może to być nawet łyżeczka cynowa. :)))
jeszcze jej nie mam… ale wkrótce może… mam jednak trochę takich ocieplaczy w domu, np. stary bułgarski koc, który jest tak powycierany, że świat przez niego widać… Ale grzeje – metafizycznie!
u mnie w domu to jest kura na imbryk, uszyta z filcowego kubraka:)