Niegdyś nie znosiłam tego koloru – brązowy był klęską. W dzieciństwie (częściowo jeszcze w PRL-u) to był kolor chyba najłatwiejszy do zdobycia – w jednym brązowo-brązowowawym odcieniu. Nie kojarzył mi się ze sztruksem inteligenckich marynarek i zamszowymi torebkami, ale z totalną listopadową beznadzieją, ze spodniami i swetrami bez wyrazu i formy, z olejną brązową lamperią w liceum, ławką w ogrodzie babci, pomalowaną na brąz, bo innej farby nie można było kupić… Brązowe miałam kozaki zimowe (co za wspomnienie…), piórnik (tak, tak), torbę i kurtkę. Nasz domowy telewizor miał brązową obudowę, a podręczniki paskudne okładki… Nie dostrzegałam brązów w naturze, bo wytwory przemysłu skutecznie mnie do tego zniechęcały…


Ale wyrosłam z tej niechęci… Niedawno odkryłam, że brąz to nie tylko toporna olejna farba, ale - jak wszystkie kolory w naturze - ma tysiące odcieni. Przyjrzałam się czekoladzie, piernikom, liściom, korze drzew i bliska byłam oniemieniu… Na wieszakach sklepowych odkryłam tweedy, jedwabie, wełny, wszystko niby brązowe, a jednak: w odcieniu kakao, kawy inki, drewnianej łyżki, brązowego cukru, tartej bułki, karmelu… Przestałam się obawiać bezkształtu i smutku, jaki zdawało się tkwi w tej barwie. Teraz jej szukam i coraz bardziej mi się podoba spatynowany brąz starych mebli, ciężkich płaszczy, spracowanych teczek ze swińskiej skóry…



Na dodatek ten kolor występuje w takich piosenkach –
znam tę piosenkę – choć nie widziałam teledysku – no, uroczy! podobają mi się szczególnie ci dwaj za frontmanem -jeden dzierży tamburyno, drugi gitarę i widać, że wiedzą, co znaczy kochać się w dziewczynie o brązowych oczach…
:)
Kakao i czekolada – czysta magia. Do tego orzechy i cappucino, i można się zapomnieć.
Cudne fotki :)
o właśnie – orzechowy – piękny odcień…
:)
i don’t understand a word from your writting, but still i enjoy the photos and i have your blog linked from mine, because i like it! :)
Nie mam takiego urazu do brązu, ale przypomniałaś mi (nie wiem skąd to skojarzenie) o strasznych rajstopach, w których wszyscy pomykaliśmy do przedszkoli – jeszcze kolory można przemilczeć, ale one były uszyte z czegoś podobnego do plastiku! ;)
Mogłabym mieć obydwa te płaszczyki, bardzo ładne.
rajstopy – to byłoby zbyt łagodne dla tych ohydnych kalesonów z dzieciństwa. one nazywały się – i słusznie – rajtuzy i były zawsze za małe, gryzące i elektryzujące się… dzieciństwo nie do końca było sielskie anielskie:)
Nienawidzę brązowych ubrań. Choć podobno dobrze mi w brązach. ;)