
Rzeczy najlepsze są najprostsze – wiadomo. Zawsze i w każdych warunkach zagłosuję za minimalizmem żywieniowym. Pajda ze śmietaną i cukrem – nie znam niczego lepszego do jedzenia; ugotowane i posolone jajko – poezja kulinarna; rosół – kulinarne złoto; ziemniak w łupinie z ogniska – prawdziwy kamień filozoficzny; bób gotowany łuskany w ogrodzie w letnie popołudnie - przedsionek nieba! I parę innych smakołyków, które sprawiają, że kurczowo trzymamy się ziemi i życia…
Próbuję nie dać się pogrążyć listopadowemu koszmarowi. Ryż z jabłkami, zapiekany z cynamonem i polany waniliowym sosem nie do końca rozwiewa czarną chmurę nade mną, ale humor poprawia na tyle, że rozluźniają się nerwowe postronki… Potem jeszcze na deser przypominam sobie literackie ulubione uczty, jak placek z jabłkami w “Hanemannie” (Chwin), płat polędwicy zapiekany w pieprzu z “Barbarzyńcy w ogrodzie” (Herbert), rosół na kogucie z “Widnokręgu” (Myśliwski), mistyczne jabłko (Lawrence), a na zwieńczenie dnia racuchy z mate (Cortázar)… I jestem najedzona i bogata w nowe, niezużyte jeszcze myśli!
A na koniec jeszcze ulubiony drink Brigitte Bardot: 25 ml wódki wyborowej, 15 ml rumu Havana Club, 2 łyżki soku z cytryny, coca cola. Alkohole i sok wlewam do szklanki wypełnionej lodem i dopełniam colą…
——
A potem szukajcie mnie pod stołem…



Mi na listopad nie pomogła chyba nawet sama Bardot, ale drinka wypróbuję przy najbliższej okazji. Ja w ramach wojny o niepowieszenie się pijam litrami “herbatkę orgazm”: herbata, miód, sok malinowy, cytryna.
Na pół godziny pomaga.
Mi pomaga wino grzane.
Zachciało mi się bobu, który uwielbiam. Tyle jeszcze czekania.
ech :)
wczoraj odkryłam inny “napój orgazm”, drogi Komerski – czekolada z mlekiem i prosto z młynka przyprawa do kawy – goździki, cynamon, kardamon. I Brygidę B. można do Saint Tropez odesłać…
Proszę nie zapominać o kawałkach ananasa z solą i pieprzem pod wódkę – Bułhakow :)