Pomyślałam, droga Mag, że ci się zrobi słodziej nie tylko za sprawą pomarańczy, ale i dzięki kolejnemu pisarzowi czeskiemu, o którym sobie ostatnio przypomniałam. Jan Drda napisał kapitalne “Igraszki z diabłem” (przeniesione do Teatru Telewizji, w którym diabła grał przecudownie Kondrat, a Gajos był jego jąkającym się pomocnikiem), ale wymyślił też wspaniałą historyjkę “Jak Honza do Leniraju wędrował”, którą czytałam ostatnio małemu F. I syn nie bardzo łapał, dlaczego co chwila wybucham śmiechem, a potem czytam ciszej i ciszej, aż wreszcie milknę i szybko, jak najszybciej, dobiegam do końca opowiadania. Kiedyś pojmie i będzie to jedna z jego ulubionych anegdot. Bo historia Honzy jest przezabawna! Honza to leń nad lenie, który mieszka w Dalskabatach z matką. Nic nie robi poza jedzeniem i spaniem. (”A po cóż miałbym coś robić, toż na świecie wszystko zrobione! Ja tam pracy nie wymyśliłem [...]“) Ale matka umiera i Honza staje przed widmem głodu. Próbuje dostać się do Leniraju, o którym opowiedzieli mu w karczmie przygodnie spotkani goście. Jak się ta wyprawa kończy wiadomo – ale najbardziej rozkoszny fragment to – droga Mag - opis Leniraju, który sprzedają Honzie kamraty z karczmy: “Na jednym brzegu [potoku] rosła zwyczajna trawa, ale ten drugi, co już należał do Leniraju, był z miękuchnego piaseczku. Tylko, że figa z makiem, zamiast piasku był tu tłuczony cynamon z cukrem! A zamiast olch wznosiły się na tym brzegu przeróżne drzewa, bułkowce, pączkowce, racuchowce, powidłaki struclistne, sękacze lukropienne, lipy naleśne!”. Co za nazwy miłe sercu! Co za botannica radująca duszę i żołądek! Do tego po całym Leniraju latały pieczone gołąbki, nadziewane bażanty, słoninką naszpikowane przepiórki – tyle, że nie miały łebków, więc nie widziały drogi, człowiek musiał się mieć na baczności, bo co i rusz mogło go coś zdzielić w gębę. Wystarczyło usiąść pod drzewem, otworzyć usta i czekać, aż racuch spadnie prosto na język – wcześniej jedynie można go umoczyć w maślanym potoku i obtoczyć w cynamonie…

Ech! Ta niedziela taka mogłaby być – lenirajska, doskonała, słodka! Jakieś ciasto może zechciałoby się upiec, pokroić i łaskawie zaserwować. Może kawałek śliwowca tofipędnego? Albo tofifowca śliwkowego? Śliwaka krówkowego? Krowowca śliwkoowocnego? Jakiekolwiek, byle słodkie. Dla twojej – droga Mag – i naszej przyjemności…
Jejusmargaryna – jakie to dobre…



skomentowac ten wpis westchnieniem ‘ a ja sie wlasnie odchudzam’, byloby grzechem smiertelnym :))
wyglada smacznie, jesli przez wyglad moze byc cos smaczne
;-)
oczywiście, może! Skąd taka popularność firm, które swoje produkty – jedzenie, bieliznę samochody – reklamują na ogromnych bilbordach? A ciasto? Ojej…
Chcę do Leniraju, mogę nawet dostać w gębę ;)
Słodka Entele!
Toż to raj pełen pastwisk z krówkami, które się ciągną po bezbrzeżach wyobraźni i śliwek wpadających w kompoty strumieni.
Coś przepięknego. Kolejna czeska furtka otwierająca się z hukiem! :)
Dziękuję! :)