Zadziwiające… Po urodzeniu F. natura sypnęła skarbami w postaci błyskawicznego refleksu, który pozwala interweniować, gdy syn leci z kanapy na nos (oczywiście, nie mam stuprocentowej skuteczności) oraz trzeciego oka, które widzi, co jest za mną – co pozwala uniknąć zderzenia z 92 centymetrami młodego człowieka (tu także – niestety – rejestruję wypadki zakończone płaczem…). Przyzwyczaiłam się do tych darów tak bardzo, że oto dziś, telefonując do renomowanego warszawskiego baru “Leniwa gospodyni”, zaskoczono mnie stwierdzeniem, że zamówień na pierogi nie przyjmuje się od tygodnia… Że trzeba się było wykazać lepszym refleksem… Jestem ugotowana niczym kompot… Nikt w tej firmie nie wyobrażał sobie aż takiego lenia, który telefonuje tuż przed godziną zero i bezczelnie się dziwi, że się spóźnił. Ech…

Jestem leniem świątecznym, choć nie do końca – lubię przyrządzić coś, czego przygotowywanie sprawia mi przyjemność, a pierogi zdecydowanie nie należą do tego zestawu. Grzebanie się w mące nijakiej satysfakcji mi nie przynosi, może poza wspomnieniem makaronu, który robiła babcia, a przy którym nie raz dzielnie jej pomagałam. Nie dam się jednak natchnąć do samodzielnego robienia klusek, makowca, bigosu i innych wigilijnych żelaznych punktów programu. Wychodzę z założenia, że czas świąteczny jest czasem sympatycznym, więc nikt nikogo do niczego nie zmusza w ramach tzw. tradycji. Chcę ugotować barszcz, więc to zrobię, lubię piernik, zatem będzie pachniało w kuchni piernikiem. Kto inny niech podtrzymuje filary wigilijne, jeśli ma ochotę – jak czytam w prasie, aktorka XX ściąga mamę do siebie z drugiego końca kraju, by jej przygotowała 12 dań na popisową kolację przed narzeczonym, inna dziennikarka listę zakupów ustala dwa miesiące przed godziną zero, jeszcze inna specjalnie w tym celu kupuje książki kucharskie po antykwariatach… A ja, po otrząśnięciu się z pierwszego szoku, znalazłam pierogarnię na miarę tradycyjnej wieczerzy…
Leżę pod choinką i patrzę na dyndającego piernika… Mam czas…



Oj bo swieta sa czasem refleksji i relaksacji a nie kolejnej gonitwy i to ostatnie kultywujmy :)
pzdr
oj wyszlo zupelnie na odwrot!! :)
Oczywiscie to pierwsze najwazniejsze!!!
Ach te swiateczne chochliki:)
to ja podpisze sie pod Twoim wpisem wszystkimi konczynami :)) nie uznaje owczego pedu, robie to co lubie. /na szczescie mam dar lepienia pierogow ;)
a ekstremalnym przypadkiem lenistwa swiatecznego jest moja mama /’jak to – to juz mamy wigilie?? znowu…”!! hehe/.
od kiedy pamietam krolem choinki i gotowania w moim domu rodzinnym jest ojciec ;)
O tak! Takie podejście w zupełności mnie zadowala. Lubię, gdy mnie święta zaskakują, wybiegają zza rogu… Refleksji oddaję się cały rok, więc nie potrzeba mi specjalnych duchowych przygotowań do świąt. A relaksację – mala mi, jak miło poznać:) – będę w tym roku szczególnie wykorzystywać…
:)
tez bym sie chciala wylegiwac pod choinka…ale nie moge, bo nie mamy. i miec nie bedziemy bo nas nie bedzie w domu…straaaasznie to przykre!
Ale może znajdziecie gdzieś jakąś ładną – choćby w lesie, gdzie są najpiękniejsze choinki i wcale nie trzeba ich ścinać i nosić do domu:) Pod takimi to jest dopiero relaks – puchowa śnieżna poducha, mróz szczypie w oczy, a wy pociągacie z termosu góralską herbatę z prądem. O tak!
Ha! Nareszcie bliskie memu sercu…albo raczej filozofi życiowej podejście do świąt.
Pozdrawiam serdecznie. Na Twojego bloga zaglądam regularnie i bardzo mi się tu podoba :)
No, ja mam nadzieję, że to nie ostatni wpis!
:)
Ciepło, cieplej. Lubię oglądać swoją pękatą twarz w lustrach baniek choinkowych! :)
Ale u mnie tradycyjnie drzewko ubiera się dopiero w dzień Wigilii, więc jeszcze chwileczkę sobie poczekam.
Co zaś się tyczy pierogów. Ja wciąż i wciąż odkrywam magię w ich lepieniu. Robienie małych światów na miarę mąki, sera, imbiru oraz kapusty z grzybami – śpiewając szlagiery świąteczne i magiczne przytupasy, to dla mnie przyjemność związana z tym przedświątecznym czasem. Choćby i cały dzień. ;)
Mag, to przecież nie o pierogi idzie – z czynności kuchennych lubię szlagiery świąteczne śpiewać przy sałatce śledziowej. Idzie o to, by święta były radością, a nie przymusem. Wyobrażam sobie swój spiew przy lepieniu pierogów. Brrr….
Rozumiem, niemniej ja akurat kocham się w stwarzaniu światów pierogowych. Bez tego nie ma świąt – rąk po łokcie maczanych w mące i śniegowym nosie cukrowym. :)
udalo sie, mamy choinke! :)
http://zulazazula.wordpress.com/2007/12/23/zima/
Wspaniale! Dobrego czasu wam życzę!