Opadł karbidowy pył, gawrony odzyskały mowę i miasto się obudziło. Zgarnęło ze stołu szklane okruchy kieliszków i butelek, wyskubało z dywanów drobiny confetti i zasiadło do codziennej herbaty. Wyjrzałam przez okno i skonstatowałam oczywistą oczywistość, że nic się nie zmieniło. Śnieg spadł – tyle… Przeczytałam także na kilku blogach postanowienia noworoczne ich autorów i zwariowałam ze szczęścia – ludzie mają w sobie tyle optymizmu i tak wiele silnej woli! Będą czytać, pisać, spotykać się, mieć czas dla dzieci i na przyjemności, gotować dobre rzeczy, gimnastykować się, o rzucaniu palenia nie wspomnę… Ale nastaje 2 stycznia, dziecko trzeba odwieźć do przedszkola, odebrać skołowanego psa z przechowalni sylwestrowej, usmażyć mielonego, sprawdzić zaległe klasówki albo wypełnić jakieś kwity biznesowe, przygniecione przez cały ostatni tydzień stosem kreacji karnawałowych. Czasu wystarczy na spiłowanie paznokcia i ewentualny rzut oka na telewizję. Nie mam w sobie zbyt wiele złośliwości, sama sobie poczyniłam drobne obietnice, ale wielkie plany noworoczne smakują mi jak ciepły szampan…

Obietnice. Po pierwsze – skutecznie przeganiać wszelkiej maści furię, dzięki natychmiastowemu aplikowaniu jazzu w formie jednej jednostki est, czyli esbjörn svenson trio (może to być np. “Good morning, Susie Soho”). Po drugie – dokazywać, póki kręgosłup zezwala. Po trzecie – znów zacząć robić na drutach, bo jest to zajęcie kreatywne i uspokajające.
I tyle. Śnieg pada nadal. Szukam w książce Herty Müller tego znakomitego kęsa, w wykonaniu Dziadka: “Raz wyciągnąć nogi i otwiera się przed tobą świat. Jeszcze raz i świat się zamyka. Stąd dotąd pierdnięcie w latarni. Nie opłaca się nawet nałożyć butów” (”Dziś wolałabym siebie nie spotkać”, s. 78). Dziadek był mędrcem, czuł doskonale, że teraźniejszość jest najważniejsza, bo to w niej człowiek żyje i nią żyje, choć w ogóle tego nie zauważa, bo albo grzebie się wciąż w przeszłości (co by było, gdybym wtedy poszła na inne studia?), albo snuje romantyczne plany na jutro (za rok będę ważyła 60 kg). A najciekawiej jest dziś, bo wszystkiego organoleptycznie możesz spróbować, nie czekając na cudowne zrządzenia losu i pikantne pocałunki.
Najistotniejszą obietnicę tego i każdego innego roku widziałam kiedyś na biało-granatowej ścierce, która wisiała na ścianie w domu babci – “Witaj dniu! Przynieś szczęście rodzinie i sąsiadom”.



na szczescie rzucanie palenia mam juz za soba…
a w zeszlym roku nie robilam zadnych postanowien. kalendarz byl tak napelniony, ze jedyne co moglam dla siebie zrobic, to pilnowac sie, zeby nie spanikowac ;)
Najważniejsze jest to, żeby wraz z każdym nowym rokiem doceniać to, że się po prostu jest. Wszystko inne schodzi już na dalszy plan. ;)
Widzę, Mag, że filozofia Dziadka jest ci bliska – cieszy mnie to bardzo…
:)
A więc tak wygląda samorealizacja jak się ma dziecko…starczy mi czasu na spiłowanie paznokci…kurcze tak myślałam, że z tym rodzicielstwem to znajomi koloryzują :))