Są cuda na świecie. Obok siedmiu podstawowych (z których chyba istnieją jeszcze jeno piramidy) należy wymienić ósmy, to znaczy ciasto kruche. Wspominałam niedawno, że nie lubię zabawy w mące, ale ta zabawa z lepieniem pierogów ma niewiele wspólnego. Bo to jest ciasto maślane, jajeczne, bajeczne kruchością, w jaką się zmienia i delikatne piaskiem, który chrzęści między zębami po upieczeniu. Wystarczy kubek mąki, dwa żółtka i kostka masła. Się wszystko ugniata tak długo, jak Niedźwiedź pracował w Trójce i tak mocno, jak mocna jest niewiara w zapewnienia, że lista bez Niedźwiedzia również będzie przebojem. Potem trzeba ukulać kulę i włożyć ją do lodówki na pół godziny.


Po zamknięciu lodówki należy sobie wyobrazić dom zaklinacza koni. Dom piętrowy na środku pięknej farmy w Montanie. Wielka weranda, ocieniona drzewami, na niej nieprzyzwoicie wygodne wiklinowe fotele, a na nich wytarte i trochę spłowiałe słońcem poduszki. Wygładzone siadaniem ławki, stół z jasnym obrusem, jakieś zioła, których grube pęki wiszą przytroczone do belki pod sufitem. Zmierzcha, słychać wieczorne podzwanianie dzwonków, rżenie źrebiąt, stuk ich kopyt w stajennych boksach. Zaczyna się kolacja, zaczyna modlitwą albo i nie, podają tłuczone ziemniaki z masłem i odrobiną mleka. Do tego stek, groszek, marchewka, sałata, może odrobina żurawiny… Zmęczenie ustępuje dobrej, prostej energii, którą przekuje się jutro na kolejne kopyta i złoty amerykański sukces. Popijają piwem imbirowym, patrząc w gwiazdy i snując prognozę pogody na następny dzień. Otwierają się jeszcze na chwilę drzwi kuchni i pani domu wynosi ciasto. Nie byle co, ale tartę – czy jest piękniejsza nazwa dla ciasta (poza biszkoptem)? Nie ma i długo nie będzie. Ciasto jest rumiane, pełne jagód albo wiśni, mogą być też jabłka albo porzeczka (nie wiem, czy kowboje wiedzą, co to agrest). Pachnie cały dom, pachnie na werandzie, nawet farma pachnie przez moment czymś innym niż siano i guano. Nieskomplikowane, a wspaniałe – takie winny być cuda…
Czas zamknąć piękną, naiwną książkę o zaklinaczu koni, który nie tylko końskie rany umie naprawiać, ale i leczyć ludzkie dusze. Czas otworzyć lodówkę. Natłuszczoną formę do tarty wypełniać rwanymi z kuli kawałkami ciasta, przyklepując je skwapliwie i pamiętając o wylepieniu brzegów formy. Nakłuwa się widelcem dla lepszej amortyzacji i wsadza do pieca (180 stopni) na 10 minut. W tym czasie odkręca się słoik z oliwkami i wyjada nieco. Gorgonzolę się rozdrabnia i daje komuś zaufanemu palce do wylizania. Sos robi się z kubka śmietany, dwóch białek, ziół oraz odrobiny gałki muszkatołowej. Po ustalonym czasie ciasto się wyjmuje, nakłada oliwki, ser oraz zalewa sosem i znów niczym Babę Jagę do pieca bez litości na 20 minut.
I oto jest:

Można sobie jeszcze na moment wyobrazić dom zaklinacza koni, który po zjedzeniu pysznej, prostej, kowbojskiej kolacji, zdjął buty i niezbyt świeże skarpety, a następnie wyciągnął się w fotelu. Nad nim dach werandy, nad nim amerykańskie niebo. Kapelusz zsuwa się zaklinaczowi na nos, a on chrapie przez sen: tarta, tak tarta, tartak, tak tartak, tarta, tak tarta…



Co za pyszności. Aż ma się ochotę zasiąść w bujanym fotelu, gdzieś na końcu świata, gdzie agrest i berberys powietrze stanowią, a niebo jest na wyciągnięcie ręki. mhm. :)
czarownica :)))
kto jest czarownicą?
przepraszam – czarownica zabrzmialo moze zbyt obcesowo – bardziej czarodziejka. czarodziejka nastrojow i smakow :))
/przepis sprawdze niebawem.
Ależ nie ma za co, nie byłam pewna, kogo tak nazywasz. Mnie “czarownica” nie przeszkadza, swego czasu byłam nazywana Walpurgią, więc jestem stanowczo uodporniona:)
za komplementy wielkie podzięki…
Monika, I think you must be a wonderful cook. I always love your food pictures :)
Chcę przeczytać całą taką książkę kucharską. Z rozkoszy leżę na podłodze i klawiaturę na brzuchu opieram. A jutro idę kupić formę do tarty… Brakuje tylko kogoś zaufanego do oblizywania palców.
No tak, w kawiarniach warszawskich, do których chadzał Kubuś Wirus, tarty nie serwowali:) Ale Warszawa się zmienia, może gdzieś funkcjonuje jako pyszna zakąska…
W Lublinie można zjeść pyszne tarty, słone czyli quiches i słodkie. Duży wybór, bardzo barwne, można jeść oczami. Tarteria nazywa sie “Tart’Yvonne”.