Król Rogali wraz z Królową Kiełbas i Wielkim Postem - przy toaście z okazji Mięsopustu - mówią do poddanych w Clamecy:
“Pijmy wino! Pijmy wino!
Nie odjedziem z kwaśną miną…
Żaden Burgund się nie zbłaźni,
By nie wypić po przyjaźni”.
A chwilę potem elokwencja wszystkim rośnie i zabawa się rozkręca na dobre. Scena z książki “Colas Breugnon” Romaina Rollanda. Raptem 200 stron, ale stron rozkosznych, chwalących spokój, dobre wino, przyjemność obcowania z ładną dziewczyną, pyszne burgundzkie jedzenie, okoliczności przyrody, sprzyjającej wypoczynkowi i sympatycznym myślom. Colas Breugnon to stolarz, który żyje w XVII-wiecznej Francji i chwali sobie swoje życie. Nic nie wytrąca go z równowagi, zawsze znajduje doskonałą pointę i świeżą ripostę, ciekawy świata i historii. Jest trochę artystą, trochę wolnomyślicielem – przede wszystkim zaś jest mieszczaninem z prawdziwego zdarzenia, który miłuje swoje miasto tak bardzo, że jest w stanie oddać za nie swoje życie. I nawet, gdy wojenne zawieruchy co i rusz burzą jego dom, on nawet nie myśli o jakiejkolwiek przeprowadzce i wciąż buduje od nowa. Nie wiem, czy którekolwiek z miast może się poszczycić takimi mieszkańcami (nie mówimy tu – rzecz jasna – o urzędnikach miejskich, którzy dadzą się pokroić w walce o stołki, ale przyznajmy – to nie to samo…). Znamienne jest to, że przygody Colasa kupiłam w mieście, które niezmiennie kojarzy mi się z mieszczaństwem wysokiej próby (i nie jest to Kraków, ha!). To tu:

Antykwariat mieści się w Toruniu przy ul. Podmurnej. Piłkę o mury tego domu odbijał prawdopodobnie młody Kopernik, mieszkał całkiem w pobliżu… Wchodzi się po rozchybotanych, drżących, drewnianych schodach w stosy książek, gazet, płyt. Cokolwiek ironicznie wyglądają na 500-letnich murach kartki: Cybernetyka, Informatyka, Komputery, prawdą jest jednak, że sprzedaje tam człowiek o fenomenalnej pamięci, niemal fotograficznej, który wszystko potrafił znaleźć w lot. Mam nadzieję, że nadal tam pracuje, choć nie byłam w Toruniu prawie dwa lata… (przy okazji pozdrawiam kolegę dr R.M.).
Przypomniałam sobie o tym miejscu i o Colasie stolarzu, obserwując wysiłki kolegi Komerskiego w poszukiwaniu tomu wierszy Stasia Czycza (jak kolega odnajdzie książkę, niech da znać). Przypomniałam sobie też inne znaleziska, cudowne odkrycia książkowe, wygrzebane w miejscach, po których trudno by się spodziewać życiowych olśnień. Banalne jest odnalezienie “Melancholii” Bieńczyka na półce z literaturą medyczną, mało intrygujące wygrzebanie ze śmietnika kilku pięknych egzemplarzy “National Geographic” w czasach, gdy książki o Afryce miały czarno-białe ilustracje, ale już do rangi cudu urasta piękne wydanie “Cypiska”, kupione za 2 złote w garażu w szczerym polu, którego właściciel, koleś z tzw. kiepem w ustach zna się na literaturze jak Tadeusz Nyczek i stawia na stół flaszkę. Bardzo, ale to bardzo, szczęśliwym zbiegiem okoliczności jest pięć złotych za “Historię pewnego żartu” Chwina, transakcja zrealizowana na przystanku autobusowym, kupującym byłam ja, a sprzedającym jakiś student, który nie mógł uwierzyć, że to, co usiłuje czytać, nie jest drugą częścią “Poetyki” Arystotelesa, traktującą o komedii, ale wycinek pewnego życia, bynajmniej nie zabawnego…
O, pewnie, były i inne przygody książkowe. O jednej z nich, kupionej przykładnie na stoisku bukinistów na wrocławskim dworcu, wkrótce sobie przypomnę…
Na dobranoc dobra rada wujka Bregnon:
“Głowę miej chłodną, a zaś ciepłe nogi,
Nie żryj jak paciuk, nie chlap dużo wina,
Nie właź do łóżka, gdzie leży dziewczyna,
A śmierć omijać będzie twoje progi”.



ksiazki, ksiazki… czeka mnie kolejna wyprawa po regal.
Dam znać, dam. Póki co okazało się, że w sklepie internetowym WL nie ma. Ale napiszę tam w poniedziałek maila, bo może jednak…
A ja jedną z ciekawszych przygód bibliofilskich miałem w Warszawie, na Mokotowie, w warsztacie tapicera. Byłem tam z przyjaciółką w sprawie jakiejś jej kanapy, ona zajęta oglądaniem obić, a ja rozglądam się wokół i co widzę? Książka leży sobie na stoliku. Dość gruba. A był to czas kiedy pracę magisterską pisałem i bardzo był mi pierwszy tom Kapitału Marksa potrzebny. Niestety nie do zdobycia w żadnym ze znanych mi antykwariatów.
Z ciekawości podnoszę więc ową książkę i patrzę – Kapitał t. I
Po krótkiej rozmowie zapłaciłem dychę i wyszedłem z tomem pod pachą. Okazało się, że zmarły niedawno stryj tapicera był w jakimś KW czy KC i pozostawił po sobie – ideowy był – pokaźną bibliotekę. Tapicer nie wiedział co z tymi książkami zrobić i w efekcie wzbogaciłem się o 13 nowych pozycji.
:)
lubię zbierać takie piękne anegdoty – ładne też są obrazki z antykwariatów. Byłam kiedyś w jednym z poznańskich, niby tylko parę osób, w tym dwie w tym samym momencie dojrzały książkę, której chyba długo szukały. To, co się później działo, przypominało walkę kogutów, a chwilami krwawą jatkę wprost z filmu “Amores Perros” . Wkroczył właściciel sklepu, książkę zarekwirował i kto wie – bo ja już tego nie widziałam – czy tak pięknie rozpoczęta bójka nie przeniosła się na ulice poznańskiej starówki…
są takie miejsca, które chóc tylko raz w życiu się odwiedzi, pozostaje w pamięci.
rozpoznałam od razu, a to było lata temu (14?).
zatęskniłam.