
Polubiłam stanie w kolejce do kasy. Czynność, niegdyś nienawidzona, stała się dla mnie chwilą wielkokrotnych objawień, kopalnią wiedzy o kondycji społeczeństwa i bezcenną lekcją ludzkiej zawiłej psychiki. Wyjmuję z koszyka jakieś prozaiczne ogórki-konfiturki i nagle za plecami pada pytanie: – Lubisz, gdy ktoś ci wpycha do ust całą czekoladę, tak na siłę? Specjalnie się guzdrałam się ze swoimi frykasami, by usłyszeć odpowiedź. Ale odpowiedzi nie było, kompan pytającego wzruszył tylko ramionami. - No widzisz, nie lubisz – odparował tamten i perorował dalej: – Wiesz, bo to wszystko było za dobrze. Laska jak z reklamy, długie opalone nogi, włoska nie uświadczysz, gładka jak maska elegancko wypolerowanego samochodu! – zaznaczył. – Ciuchy z wyprzedaży pewnie, ale metki niczego sobie. Gdybym parę lat temu taką dziewczynę zobaczył, to by mi się nogi ugięły, a tak? Sama mi do łóżka weszła, ale… – zawiesił głos, patrząc koledze prosto w oczy, by go dobrze zrozumiał – nie dałem jej tej satysfakcji…
Jasne jest, że ideały mają moc słabą i urodę przemijającą. Afrodytę współcześni wielbiciele kultury masowej oceniliby z pewnością jako grubą kobietę z niewielkim biustem i nawet popadnięcie w anoreksję niewiele by pomogło. Standard to jest słowo-klucz w dzisiejszej rzeczywistości. Coś przystaje albo nie przystaje do standardu. Przypuszczalnie towarzyszka wieczoru tego kolejkowicza odstawała od dzisiejszych standardów. Za ochotna? Czy to w ogóle jest jeszcze możliwe – bycie zbyt chętnym? Być może nie spełniała indywidualnego standardu tego właśnie mężczyzny, który albo jak prawdziwy myśliwy lubi zdobywać, a nie przyjmować wyrazy uznania, albo po prostu coś sobie i światu próbował udowodnić – na przykład, że taaaka dziewczyna to dla niego – jak to się kiedyś mówiło? – pryszcz…
Pamiętam swój osobisty standard z dzieciństwa. J. był ideałem męskiego piękna. Wiecznie opalony, w rozpiętej koszuli, wytartych dżinsach. Blond włosy, oszałamiająco wypłowiałe od słońca, twarz z paroma bliznami. Omiatałam go wzrokiem 10-letniej panny-dziewanny. Potem lata mijały, a ja o nim pamiętałam… I nadszedł dzień, gdy wreszcie usłyszałam, jak mówi, obrażając polską gramatykę i ortografię, zamiast tego korzystając z nieznanych nawet mi (choć kończyłam przecież studia filologiczne) wulgaryzmów…
Siłą wpychana czekolada jest zaiste gorzka jak piołun.



zaiste wzruszająca dbałość o detal – nawet metki jej sprawdził…! ;)
pozdrawiam
ejże…! przecież zorientowany facet nie musi metek sprawdzać. wystarczy, że popatrzy i wie już wszystko.
gorzej, gdy ideałem staje się osoba, której wady znamy, jesteśmy ich świadomi, i w dodatku uwielbiamy je… ta dziwna ambiwalencja jakoś się nazywa, ale staram się nie przypominać sobie tej nazwy :P
Ech, jak tu nieznajomość męskiej natury na wierzch wyszła. Przecież opowiadający konkurował ze słuchaczem, podkreślał pozycję w stadzie, ustalał porządek dziobania. On mu nie opowiadał o dziewczynie, tylko o sobie. Mówił:
- Patrz stary, ja jestem taki wzięty (”sama mi weszła”) i doświadczony życiowo (”5 lat temu”) i macho (”nie dałem jej tej satysfakcji”) a ty co? Słuchasz tylko moich opowieści i zazdrościsz, że to tobie taka nie weszła.
Może był po uszy zadurzony w dziewczynie z sąsiedztwa. Może to dlatego.
wyjatkowy esteta. wyrafinowany… :]
No tak – nie trzeba być matką, żeby wiedzieć jak rodzić dzieci, drogi kolego Komerski, przyznaję, nie mając do tej pory przyjemności obcowania z TAKĄ męską naturą, mogłam ją sobie przecież wyobrazić i literacko opracować… Ale trochę czasu przede mną i wielu męskich osobników do rozpoznania… Na przyszłość postaram się być bardziej wnikliwa:)