
Nie oszukujmy się – kupowanie kawy w Berlinie nie należy do przyjemności. Po jednej stronie lady ja, po drugiej sprzedawca lub – jak kto chce – barista. Patrzę mu w oczy i widzę, co widzę, ale jednak mówię dawno nieużywaną niemczyzną, co ma być. A on patrzy w moje oczy i widzi, co widzi, ale pyta: Mitnejmen? Tak właśnie: Mitnejmen – z tym rozciągniętym jak stary sweter “j”. Bo patrzymy sobie wzajem w słowiańskie oczy i oboje ani drgniemy. Ja wiem, że obsługuje mnie Polak, ale nie pisnę słowa po polsku, bo kto wie, odpowie mi, wijąc się w kłamstwie, że nie rozumie, bo może nie wolno mu rozumieć w miejscu pracy, może nie chce rozumieć. On też się nie zdradzi, bo w końcu jesteśmy za granicą i trzeba gadać jak tubylcy, poza tym polski to nie zagraniczny język, a jeśli nawet to nie tak efektowny jak np. francuski. Więc milczymy po niemiecku, płacę, zabieram kubek, wychodzę i czuję na plecach długie jak nóż spojrzenie rodaka i słyszę westchnienie ulgi, coś na kształt: “Jeszcze raz się udało”. Też szybko wracam do zmysłów, a pomysł, by się przerzucić z sieciówki na jakąś poczciwą kawiarnię, szybko upada ze względu na wiadomo co…
Poza tym – do regularnego niemieckiego żywienia stosunek mam dość mglisty i chyba zbyt nabożny, a trudno jest zaspokajać głód wodą święconą. Za każdym razem, gdy dają mi coś niemieckiego do jedzenia, mam wrażenie, że jeść będę coś niezwykłego, lepszego niż zazwyczaj, namaszczonego i poświęconego przez zachodni koncern. Wytłumaczenie jest proste – pamiętam czasy, kiedy frykasy sprowadzano tylko z Niemiec Zachodnich i byle batonik stanowił obiekt kultu i smakował jak ambrozja, choćby był jedynie wyrobem czekoladopodobnym. W książkach suszyły się złote papierki po cukierkach i gumach do żucia, a w bajecznie kolorowych pudłach po bombonierkach fotografie nasiąkały zagranicznym zapachem… Dlatego mój żywieniowy światopogląd ma dość widoczną skazę – co niemieckie, to lepsze. Niemal ucieleśnienie smaku idealnego – tak wyobrażałam sobie smak czekoladki i niemiecka czekoladka taka właśnie jest. Pięknie wyważone smaki, niedostrzegalna szczypta konserwantów, zdrowy czekoladowy kolor, wytłoczone litery na każdej kostce, elegancko szeleszczące opakowanie… Ech, zgroza w tym, że to odnoszenie smaku wszystkich łakoci do utrwalonego niegdyś niemieckiego wzorca zostało mi gdzieś pod skórą… Przejawia się to tym, że choć poznałam już przecież smak najlepszej na świecie czekolady, gęstej i gorzkiej, o aromacie pierwotnego kakao, to nietrudno zgadnąć, co biorę z półki sklepowej, gdy muszę się posłodzić…
Podpowiedź brzmi: Quadratisch, praktisch, gut!



Berlin Zachodni, Berlin Zachodni… skazana na skazę? ech, chyba nie jest tak źle, póki nie ma aż tak wielkich rozczarowań.
mimo wszystko i tym bardziej smacznego życzę.
…cukier w kostkach…?;)
w kwestii czekolady wszystkie moje kubeczki drą się unisono: Lindt…! Lindt…!
anyway… – smacznego
Z Niemiec Tata zawsze przywoził właśnie taką w kostkach z gwiazdeczkami. I o smaku miętowym. Mhm.
Droga Mag – nazwa tej czekolady, pachnącej miętą i tatą wprost z dalekich podróży rozpoczyna się od Schoko…, a moja ulubiona od Rit… No, ale obie są po niemiecku idealne:)
“Poza tym – do regularnego niemieckiego żywienia stosunek mam dość mglisty i chyba zbyt nabożny, a trudno jest zaspokajać głód wodą święconą. Za każdym razem, gdy dają mi coś niemieckiego do jedzenia, mam wrażenie, że jeść będę coś niezwykłego…”
A gdzie prosze Pani dobrodziejki mozna w Berlinie dostac cos niemeckiego do jedzenia? Ja tez bym chcial miec stosunek, obojetnie jaki, nie musi nawet byc mglisty. Ale nie mam. Nic niemieckiego mi nie daja. Poza moze mandatem za parkowanie nie tam gdzie trzeba lub tam gdzie trzeba ale nie wtedy gdy trzeba. Wiec ponawiam moja skromna prosbe: gdzie mozna w Berlinie zjesc cos niemieckiego?
rmstemero – twoje rozgoryczenie jest zupełnie zrozumiałe – ale kto powiedział, że w Berlinie dają coś niemieckiego do jedzenia? Wszyscy jedzą po włosku albo po turecku. Zresztą, mam najmniejsze prawo wypowiadać się o miejscach zbiorowego żywienia w Niemczech, bo niemal w nich nie bywam, z braku czasu, kasy i atłasu. Natomiast niemiecka kuchnia jest bezsprzecznie bardzo dobra, choć wymaga stalowego żołądka. Najlepszą w swoim życiu Rinderroulade z czerwoną kapustą jadłam w domu u berlińskiego znajomego, a wspaniałe szpecle – robione oczywiście na miejscu – w stołówce jednego z techników gastronomicznych. I to jest ścieżka, którą należy podążać w Niemczech – w szkołach gastronomicznych jeść dają najlepiej, przekonałam się o tym w Greifswaldzie (nie tak przecież daleko od Berlina), gdzie jadłam pyszne ryby w ośrodku dla trudnej młodzieży…
A zatem powodzenia i smacznego niemieckiego…
Nie mam słowiańskich oczu :), ale po wyczuciu Polaka zaraz zagadałabym po polsku bez względu na skutki, choćby po cichu.
@entelepentele: ciesze sie ze widzimy sprawe podobnie. Moje wieloletnie doswiadczenie jest takie, ze w Berlinie po niemiecku zjesc nie mozna. A tak na marginesie: czegos takiego jak kuchnia niemiecka nie ma rowniez. Sa za to przysmaki regionalne. Wspomniane przez Ciebie Spaetzle (Spätzle) sa przysmakiem kuchni badenskiej, Rinderroulade jest w domu w Hesji. I tak dalej.
A poza tym smacznego i do nastepnego razu
rms
Jestem wegetarianka, wiec wiekszosc niemieckich przysmakow jest dla mnie niezjadliwa. Zreszta za taka kuchnia nie przepadam. Mieszkalam w Berlinie rok i to z tym miastem kojarze moje wielkie odkrycia kulinarne. To tam zakochalam sie w tajskim jedzeniu, tam jadlam najlepsze sushi swiata (patent restauracji Kushi), tam jadlam niebianska pizze w Die zwoelf Apostel. Tam sprobowalam kuchni etiopskiej, kamerunskiej i perskiej. Na szczescie mam rodzicow na stale w Berlinie i moge moje ulubione knajpki odwiedzac regularnie :)
Z dziecinstwa dobrze pamietam niemieckie slodycze. Tata jezdzil w sprawach zawodowych srednio raz w miesiacu do Niemiec i wiekszosc moich ubranek, zabawek i slodyczy pochodzila z Niemiec. Choinke zawsze mielismy przystrojona niemieckimi bombkami czekoladowymi. Pamietam tez przesliczne kalendarze adwentowe (wycinalam postacie z nich i bawilam sie potem jak laleczkami, mam je jeszcze :)), teraz juz takich ladnych nie robia, nawet w Niemczech :(
A ja z innej beczki…Cokolwiek napiszesz-uwielbiam Cię czytać, to jest takie inne od gazet i telewizyjnej papki….Przenosisz mnie w inny świat-gdzie mówi się ładnie i używa słów zapomnianych…Pozdrawiam!
z kupowaniem piwa w Londynie (gadżetów w British Museum, gazet w kiosku na stacji) jest podobnie. ja wiem, bo wiem, on/ona wie, bo widzi, co jest napisane na mojej karcie…