1. Powołałam onegdaj do życia pewną postać literacką, którą nazwałam Józkiem, celem uświęcenia pamięci mężczyzny o tym imieniu, który mi się w dzieciństwie podobał… Poszukując czegoś tam, gdzie nie spodziewałam się tego czegoś znaleźć, odnalazłam jedną z przygód Józka. Cytuję, bo jest powód, dla którego nie mam czasu pisać nowych notatek. Ten powód to punkt 2.
A zatem cytat:
Józek posiadł w życiu trzy umiejętności, z których przyzwoitość pozwala wymienić zaledwie jedną: stanowcze demonstrowanie niechęci do wszelkich nowości, które mogą zburzyć dotychczasowy, starannie pielęgnowany „rzeczystan” (określenie znakomitego Jacka Fedorowicza). Nie przyjmował do wiadomości postępów technicznych, japońskich wynalazków, parad równości, plastikowych bransoletek, wegetariańskiego jedzenia i wielu innych nowinek, usprawniających lub umilających życie społecznym kontestatorom. – I tyla z tego będziecie mieć – pokazywał figę wszelkiej maści domokrążcom, którzy mieli nieszczęście trafić na próg jego mieszkania. – To, co trwałe, nie potrzebuje baterii, ostrzałek i całego tego badziewia – wykrzykiwał, by cała kamienica wiedziała, ku jakim to wartościom skłaniać się winien porządny lokator.
Życie płynęło jak płynęło, Józek trwał w okopach konserwatyzmu, płacąc w sklepie tylko gotówką, jeżdżąc tramwajem i czytając gazety jedynie w ich papierowym wydaniu. Pewnego popołudnia w jednym z lokalnych dzienników znalazł informację miejscowego domu kultury o naborze na kurs rękodzieła artystycznego. – Kolejna nawiedzona panienka uczyć będzie nieoświeconych mieszczuchów wyplatania koszyków, aby sobie mogli poobcować z naturą – zżymał się Józek. No, ale poszedł, bo była to jedyna rozrywka, z której tego wieczoru mógł skorzystać konserwatysta pokroju Józka. Kinowe hity i lanserskie restauracje nie wchodziły w grę (zresztą Józek w swojej flanelowej koszuli nie przebrnąłby przez żadną selekcję, oczywiście pod warunkiem, że chciałby się dowiedzieć, co to takiego). Stanął więc na progu sali domu kultury i zdecydowanym ruchem odsunął aksamitną zakurzoną kotarę i zanim zdołał się z niej wyplątać, do ucha wpadło mu wypowiedziane stanowczym głosem zdanie: – Czymże jest kłamstwo? Niczym więcej jak zamaskowaną prawdą! To głosił Byron. – grzmiał głos. – A ten, kto kłamie w twoim interesie, będzie kłamał i przeciwko tobie, zapewniał Forster. Panie i panowie! – baryton wibrował w sali, docierając do najbardziej oddalonych kątów i kilku słuchaczy, którzy zdążyli już przysnąć na niewygodnych krzesłach. – Kłamstwo to potężna broń, a jego umiejętne wykorzystanie przynieść nam może jedynie korzyści! Zaplątany w kotarę Józek, czerwieniał z chwili na chwilę coraz bardziej. Gotowało się w nim od cytatów barytona: – Wszyscy ludzie rodzą się prawdomówni, a umierają jako kłamcy, to de Yauvenargues, mili państwo! Nie kłamstwa, lecz bardzo subtelne fałszywe uwagi utrzymują pochód prawdy, tak powiadał Lichtenberg! Sama mądrość! A Norwid, no proszę państwa! Norwid, sam Norwid! Oto jego słowa: Kto prawdę mówi, ten niepokój wszczyna! Baryton zamilkł, oczekując oklasków, które nie nastąpiły, jedynie jakiś staruszek w ciepłym kącie pod kaloryferem zakaszlał złowieszczo. – Zatem – ciągnął baryton – przejdziemy do zajęć praktycznych. Wykonał już półobrót w stronę tablicy, na której miał zamiar rozpisać szczegółowo swoje zajęcia, ale wtedy stanął przed nim rozczochrany i pąsowy Józek, ściskający w ręce zerwaną kotarę. – Że co?! – wrzasnął. – Że jak?! Co za frazesy opowiadasz, człowieku? Kłamstwo górą? Innych cytatów nie znasz? Józek jednym susem znalazł się przy wykładowcy. Najpierw rzucił w niego kotarą, aż kurz się podniósł gęsty, a potem wyrecytował: – Zwodzą nas pozory prawdy, Horacy! Kłamstwo jest jak królik – rodzi małe kłamstewka w nieskończoność, Samozwaniec. A może jeszcze Renard: Nie mów kobiecie, że jest piękna; powiedz jej, że nie ma takiej drugiej jak ona, a otworzą się przed tobą wszystkie drzwi?! A potem Józek precyzyjnie wymierzył i prostym prawym nieco uszkodził wykładowcę. Po dobrze wykonanej robocie stanął jeszcze nad nieszczęsnym barytonem i powiedział: Kłamią niewolnicy, wolni prawdę mówią. Seneka, panie, Seneka. Otrzepał ręce i wyszedł. Nastała kilkuminutowa cisza i z ciepłego kąta przy kaloryferze wygrzebał się staruszek, podszedł do lekko oszołomionego barytona i z uznaniem wykasłał: – Prawdziwe rękodzieło! Artystyczne!
2. Droga A. – książki nadeszły, pięknie zapakowane. Serdeczne dzięki!

To jest ten powód, dla którego mnie nie ma. Miałam zacząć czytać jutro, a do 21.00 łyknęłam 100 stron i zastanawiam się, jak zbytnio nie gnać z lekturą… A ja pędzę, aż się włosy rozwiewają i wiatr w uszach świszczy…



Dlaczego przy Józku nie ma żadnej kobiety? Ja potrzebuję właśnie takiego mężczyzny… Ci, których znam, nie mają żadnych zasad, dlatego nadal jestem starą panną…
Tęskno mi Panie… Do tych, co mają tak za tak – nie za nie, bez światłocienia! ( Norwid )
To takie pierwsze moje skojarzenie w trakcie lektury.
A drugie – Postrzyżyny i pęd Marysiny do wszystkich nowości. Pęd taki wyważony, rozwiany, zapętlony – dobrym jest. ; )
Bo Józek jest zatwardziałym kawalerem, choć pamiętam, że w którejś kolejnej notatce poznaje rozkoszną listonoszkę, ale nie bardzo wiadomo, jak to się skończyło…
Ach, Mag, gdyby ten pęd był tak krzepki, jak Marysine łydki, inna by była rozmowa…