Przewróciłam ostatnią stronę kartkę “Szkarłatnego płatka i białego”. Jestem rozżalona smutna, co tu kryć. Trudno mi się rozstać z tą bohaterką, ze słodką Sugar. Nie będę się krygować (a co tam), wić się, bo może będą to czytać ci, którzy książki nie czytali (a niech czytają!). Słodka Sugar porwała córkę swojego kochanka i to już koniec. Nie wiadomo, co się z nią dalej dzieje, autor nie wyjaśnia ma w nosie dopowiedzenie dalszych losów, tłumacząc się w wywiadach, że jego intencją było, aby sobie czytelnik sam dopowiedział! Człowiek bez serca, bez wrażliwości! Skandal! Gdybym chciała mogła, wymyśliłabym sobie podobną, rozkoszną historię z wyraźnym zakończeniem, z rozwiązaniem wszystkich wątków. Rozczarowanie po zakończeniu lektury śmiem porównać do smutku po zbiciu ulubionej filiżanki, graniczącego wręcz z rozpaczą. Nieodwracalny żal.

Poza tym jestem ugotowana zachwycona; tak, to rzadkość, tym bardziej (a może głównie dlatego), że nie jestem wytrawną czytelniczką wiktoriańskich powieści. Czytałam kilka, tych z kanonu dziewczyńskich lektur; byłam na wichrowych wzgórzach, oglądałam portret damy, piłam herbatę w Howards End, ale nie jest to moja ukochana proza. Ale rewizja, jakiej na tym gatunku dokonał Faber, to zegarmistrzowska prezycja i doskonała znajomość czułych punktów. Pomijając haniebne zakończenie; zakwestionował męskiego bohatera, odebrał mu wyjątkowość, ciemną mroczną siłę, dla której bohaterki traciły głowę, stworzył uczynił go mało męskim: ani przystojny, ani pociągający, intelektualnie też raczej gołąb niż orzeł. Normalny facet mężczyzna ze słabościami, niedający sobie rady ze społecznymi nakazami, choć – trzeba przyznać – w konwencjach epoki porusza się całkiem elastycznie sprawnie, umie nagina je do swoich potrzeb. Pięknie charakteryzuje Williama scena, w której czytelnik go poznaje – kupuje właśnie kapelusz w tanim domu towarowym, a nie u kapelusznika – wstyd! I jak on się wspaniale wstydzi! Jak ucieka wzrokiem przed innymi klientami… A jak się kryguje wstydzi, szukając Sugar po Londynie, a jak jednocześnie mocno postanawia ją odnaleźć! I jak pozwala sobie się w niej zakochać – to świetny wątek – tak nowocześnie, Sugar jest dla niego kochanką, ale i partnerką w biznesie, równorzędną towarzyszką w rozmowie. Łakniemy pragniemy happy endu, ale z góry wiadomo, co na to epoka i jej bezwzględne nakazy i zakazy – William odprawia Sugar, bo tak mu każe wewnętrzny cenzor, ale wraz z Sugar i córką odchodzi uchodzi odrobina świeżego powietrza, którą sobie wypracował i na którą – trzeba przyznać – sobie zasłużył. A Sugar? Kobieta o pręgowanej skórze (zaatakowanej łuszczycą) i burzy rudych włosów, posiadająca cenny dar słuchania i dająca mężczyźnie wszystko, czego zapragnie? Znająca każdą sypialnianą sztuczkę, nawet potrafiąca… (nie, nie, tego nie zdradzajmy, he!)… Sugar prezentuje kobiecą siłę, która każe uczyć się poznawać, doskonalić dane przez naturę umiejętności… Jednocześnie jest manipulatorką, ale chyba daleka byłabym od potępiania jej – jeśli manipulacja jest jedyną szansą na wydobycie się z bagna, to warto ją zastosować…
Bardzo podobała mi się krótka recenzja na okładce książki – “Dickens tak by pisał, gdyby mógł pisać o wszystkim”. Faber po kolei rozbiera:) odziera czytelnika z wyobrażenia o poetyckim wiktoriańskim Londynie, a daje nam obraz przedsionek piekła, ociekający uryną, krwią i spermą. Zagląda w nocniki, rozporki wysoko urodzonych panów i obłąkane umysły arystokratek. Ależ to miasto jest brzydkie, jak fałszywe, obłudne, święte na pokaz. Przyznam się, nie miałam pojęcia i nadal chyba nie mam… Pewnie każda metropolia była i jest podobna rozpasanemu, ale trzymającemu fason, Londynowi, ale dziś już nikt nie udaje, że przestrzega przykazań, a to, co bywało zakryte, teraz jest na okładkach czasopism… Może tak jest uczciwiej? (zastanowię sie nad tym)…
Przede mną jeszcze “Jabłko” – opowiadania na wątkach z powieści, niby taki dalszy ciąg “Płatka..”. Ale ja już tego lisa Przecherę Fabera znam… Na pewno niczego konkretnego się nie dowiem… Tyle, że nawet nie myślę, by się przed przeczytaniem tej książki próbować powstrzymać…



Swietny tekst stworzylas! Powiesci nie czytalam, przytlacza mnie, poki co, objetosc. Nie przepadam za wiktorianskimi powiesciami (w przeciwienstwie do filmow), ale moze po te siegne w wolnym czasie.
no proszę, jak faceci się mało zmieniają, jak ludzie się mało zmieniają, jak świat się w ogóle nie zmienia.
No właśnie – dobrze, że literatura się zmienia tak niewiele – od zawsze jest albo dobra, albo dobra, tylko – jak twierdzą autorzy – nikt się na niej nie poznał:)
surrealiści mówili: czytaj swoje skreślenia, i że podobno tak trzeba traktować literaturę
hm…