Jaki kolor ma niebo z dzieciństwa? Taki sam, jak niebo sierpniowe, usiane gwiazdami, na które patrzy się, leżąc na gorącej letniej ziemi i wyobrażając sobie nie wiadomo co, a może inaczej – wymyślając tylko sobie wiadome ścieżki, którymi się pójdzie, gdy się dorośnie. Kiedy byłam ostatnio u Mag i czytałam jej notatkę o dziennikach motocyklowych, pomyślałam, że każdy powinien sobie napisać książkę z dzieciństwa. To ważne, tym bardziej, że nadeszły czasy, gdy z pamięcią postępuje się zbyt lekko, odgryza się tu i ówdzie kawałki, które komu wygodnie, jedne się przydają, innymi nie da się nikogo pogrążyć lub zaszantażować. Pamięć się dezawuuje, traktuje jak balast, wytarty sweter i przy wiosennych porządkach wyrzuca bez sentymentu… A w pamięci – szczególnie tej o dzieciństwie – tkwi ogromna moc, która potrafi przeganiać demony i odchylać od pionu nawet bardzo zdystansowanych, cynikom pokazywać pogardę, a ironistom dawać siłę do kolejnych popisów:) Czasem, gdy się patrzy na ludzi, łatwo dostrzec, kto pamięta i często przywołuje obrazy z dzieciństwa. Nie, nie ma aureoli szczęśliwca, ale ma inne, jaśniejsze zaiste, spojrzenie, nieco nonszalancki, sprężysty chód, a prośbę o wyjaśnienie zawiłości warszawskiego rozkładu jazdy autobusów kwituje zdaniem z Marka Twaina: “Wie pani, ja nigdy nie pozwoliłem szkole stanąć na drodze mej edukacji”…
1. Babcia miała żółte zasłony w wiatraki. Na ścianie obraz Czarnej Madonny, inkrustowany kolorowymi szkiełkami, odbijającymi się tęczowo na ścianach pokoju. Pod ramą obrazu, na gwoździu babcia wieszała długie sznury nanizanych na nitkę kakaowych i kokosowych groszków, które zjadaliśmy z zapałem przy oglądaniu “Koncertu Życzeń”. I kiedy Suzin wypowiadał magiczne: “i Kowalscy/Trąbalscy z rodziną”, należało się przygotować, bo może będzie teledysk Zdzisławy Sośnickiej, w którym ma taką piękną, rozwianą sukienkę… “Będę miała taką samą” – upewniałam się. I dziś mam, nawet ładniejszą!
2. Wesołe wędrówki po mleko z blaszaną, czerwoną kanką, którym towarzyszyło frywolne brzęczenie pokrywki. Zabawy na śmietniku wśród wysokich ostów i rzepów, wśród puszek po koncentracie pomidorowym, nizanie na nitki trawy czerwonych poziomek, które zdobywaliśmy, odwiedzając rowy przy kamiennym pomniku przyrody, daleko za wsią. I długie przesiadywanie na schodach przed domem, przy misce gorących kartofli w mundurkach, wyjętych gołymi palcami dziadka z wielkiego kotła. Czas zataczał wtedy krąg wokół nas, powracał dniami, odchodził wieczorami, tkwiący wciąż w obrębie tego samego horyzontu, zamknięty w porach roku, grzęznący w gorącym powietrzu lata, w popękanej ziemi buraczanego pola. A i teraz zatacza, bo nie ma w moim domu gotowania ziemniaków w mundurkach, bym nie przypominała sobie błyskawicznie tamtych letnich popołudni, gdy na czubek palca nabierało się sól i posypywało czubek gorącego ziemniaka. I jak wtedy mocno są świata rzeczy nieskomplikowane, niespieszne, niestraszne! Każda, najbardziej trudna sprawa staje się banalna jak gotowanie kartofla!
3. Zapachy przesiąknęły włosy, letnie i zimowe ubrania. Dłonie, które zanurzałam w stawie, aby pomóc dziadkowi w zbieraniu rzęsy dla kaczek, pachniały starą wodą i piaskiem. Bez zmrużenia okiem wchodziliśmy w dym ze spalonej trawy zebranej przez nas grabiami w ogrodzie, bez wahania szukaliśmy zagubionej piłki za chlewikiem w stertach wysuszonych łupinek kartoflanych, świńskich odchodów, zgniłych śliwek i jabłek. Wiśnie zapachem zagnieżdżały się w nas jak pestki, w uszach szumiały trawy, osadzając na małżowinach woń gorącej ziemi i pustych makówek. Żadnym mydłem nie można było zmyć aromatycznej kreski nad kostką, powlekanej zakrzepłą krwią i zapachem rozdeptanych świerszczy. Zasypialiśmy z rękami pod głową, chowając pod paznokciami resztki zagubionych woni chleba, astrów i polnego kurzu…
To fragmenty mojej książki z dziecięcych czasów. Nigdy nie napisanej i nie planowanej do napisania. Parę kartek, zanotowanych najdrobniejszą czcionką, które są dla mnie filozoficznym kamieniem i eliksirem młodości w jednym:)



pamietam chodzenie z banka po mleko! bylo lato i goraco a ja mialam na sobie swoja ulubiona garsonke w rozowe i czarne paski. smak slodkich kwiatow pokrzywy wczesnym latem i bzyczenie jakiegos owada w leniwym letnim przedpoludniu. wyprawy z dziadkiem na poligon na grzyby: chlodno i wilgotno o 5 rano, a na ulicy zapach palonego wegla. hamak na ogrodku u babci i gumowy/plastikowy basen, ktory wycigala dla nas w upalne dni. ciasto drozdzowe mojej mamy, z prodiza, ze sliwkami i zapach ziol i traw w gorach. i gorska asfaltowa ulica wijaca sie w dol i w gore i w dol i w gore i my z wiankami na matki boskiej zielnej. i goracy piasek miedzy stopami i wiatrochron, ktory osypywalismy od zawietrznej. i nalesniki z seremi polewa czekoladowa zwiniete w ruloniki na tekturowych tackach w miedzyzdrojach!
Księga – Autentyk! :)
Cudowne sprawy. :)
Ja jestem z miasta, wodę widziałam nad Zalewem Zegrzyńskim, stałam w kolejkach do sezamu, a na spacery chodziłam do łazienek. Musiałabym mocno popracować pamiecią, by znaleźć jakies jasniejsze punkty…
Ależ miejskie wspomnienia z dzieciństwa mają równie zawrotą siłę, moja droga A.! Byle coś dobrego za nimi stało, piękna energia, słowo, działanie, prowadzące do sympatycznego finału…
Zula – co z twoim blogiem?
tez bym chciala wiedziec! tyle sie dzieje a ja mam jakis zastoj myslowo-slowny! jutro ide na targi rekodziela, moze PO cos w koncu nasmaruje.
a ja tez jestem z miasta, ale babcie i ciocie i wujkow mialam tam gdzie sie chodzi z butelkami po mleko i na pole popatrzec na czechy:)
ojej… ale wywolalas temat :)) na powiesc…
:)
Ja pamiętam na przykład skakanie z drzewa na twardą ziemię. Ten, który skoczył z jak najwyższej gałęzi wygrywał.
a skakanie z rozhuśtanej huśtawki kolega uprawiał?
Przecudny tekst, alez Ty potrafisz pisac! Rozmarzylam sie… Dziekuje :)
miło mi:)
Zawitałem na Twój blog dzisiejszego wieczoru, tak zupełnie przypadkiem przeglądając komentarze u siebie :)
To chyba najlepsze zakończenie szarego dnia, jakie mógłbym sobie tylko wymarzyć… Nakreśliłaś swoim słowem w mojej głowie niezwykły nastrój, który mam nadzieję, pozostanie na dłużej :) Dziękuję :)
Pięknie :) Jak ludzie sie różnią od siebie a jednocześnie jak bardzo są do siebie podobni. W dzisiejszym cyfrowym świecie bezwzględne liczby są wbrew pozorom względne a szczęście mierzy się garściami gwiazd z dzieciństwa, chłodem rosy w letnią noc i kolorami motyli, które łapałem.