Nigdy bym ich nie spotkała, gdybym nie otworzyła okna, by sprawdzić, jaka jest pogoda. Na podwórku stały dwie panie, które określa się wspaniałym słowem “zażywne”. Ciężkie, obie po 60-tce, z trwałą na głowie, której nie rozwieje żaden wiatr, nawet wiatr historii. Ubrane w fartuchy, w których skończyły przygotowywanie niedzielnego obiadu – spotkały się w drodze do/ze śmietnika. – Czuć wiosnę – mówi jedna, zauważając, że koleżanka także tylko w fartuchu. – Całe szczęście – dodaje druga. – Doczekać się nie mogę. Jak tylko będzie cieplej, przenosimy się na działkę. Żadnego miejskiego hałasu, dzieciarni, śmieci… Stefan musi tylko satelitę zamontować. Bez tego, co ja bym tam robiła…
No i czemu ja się dziwię? Mój bagaż podręczny na dwa dni wyjazdu przekracza niemal wszystkie normy. Wszystko wydaje się niezbędne, denerwuje mnie to, choć wiem, że wielu tak ma. Notes, coraz grubszy, długopis, ołówek (po książkach nie maże się długopisem!), gazety (jakieś 1,5 kg), książka, portfel (bynajmniej nie od banknotów spuchnięty), chusteczki, suplement diety w kapsułkach, kosmetyczka, talizman (albo lepiej dwa!), aparat fotograficzny, telefon, klucze do wszystkich drzwi i skrzynki pocztowej, okulary (jedne i drugie), parasol, kanapka, jabłko, woda… Facet, ostatnio spotkany w podróży, na fotelu obok swojego miał jeszcze laptopa, ipoda oraz wygodne zmienne obuwie, które do garnituru pasowało jak rzeczona pięść do nosa… A niektórzy jeszcze jeżdżą z termoforem, inni z psem, a inni z rowerem, o dzieciach nie wspomnę… Ileż tego? Chciałabym być włóczykijem, który ma cel i kapelusz… Jak Jonasz Kofta (tak, to chyba on, a jak nie on, to Marek Hłasko) w każdym mieście kupować nową koszulę, a starą wyrzucać do śmietnika. Ale już w uchu dzwoni mi pisk znajomej kobiety: – Jak to, w podróż bez swoich ulubionych rzeczy? Ja nie wyjeżdżam bez mojej podróżnej poduszki!
Przemyślawszy sprawę i z jasnym wnioskiem, że się jednak nie umiem ograniczyć, zamknęłam okno i zgarnąwszy cały swój dobytek do torby poszliśmy do Łazienek karmić wiewórki.

Do noszenia dobytku dobra jest torba z lewej (Joke Bag – od jutra na etsy, tak myślę) oraz z prawej, którą od niedawna ma Asia (rękodzielnica, a jakże!). Świetne zdjęcie, bardzo dziękuję!
No. Już. Dobranoc.



ale kot!
swietny wpis – w sam raz dla mnie :] bo wlasnie spakowana na jeden dzien, a zawsze mowie: na jeden dzien to jak na tydzien.
oczywiscie laptop i siec ‘mobilna’, sprawdze jak tam zasieg w kraju ;)
do milego :))
Mnie się czasem tak udaje – tylko klucz do domu i w autobus na drugą stronę miasta na szwendanko:) ale czesto wydarza sie coś, co wymagałoby ode mnie posiadania czegos, co zawsze mam pod ręką. Np. aparatu nie mam i ulatuje cudne ujecie.
Dzieci śmieci w wykonaniu pana S. się przypomniały. ;) Łazienki, pięknie. I jeszcze karmić wiewiórki! :)
Też nie umiem się obyć bez stosu rzeczy. Chociaż czasem uda się go ograniczyć do jednej torby. A ludzie… ludzie mają swoje potrzeby. Jedni wożą ze sobą poduszki, inni nawet na dwudniowy wyjazd biorą pastę do butów i szczotkę do kompletu. Godne pochwały!
bez ulubionych rzeczy raczej ciezko sie wybrac, z nimi ciezko poruszac, ach same dylematy ;)
Nauczylam sie troche ograniczac ilosc rzeczy, ktore biore w podroz, i mam wrazenie, ze biore tylko to, co niezbedne, ale i tak moj bagaz jest zawsze ciezki.
Czuje sie wolna, gdy wychodzimy do kina czy do lokalnej knajpy na kolacje i zabieram ze soba tylko blyszczyk do ust i karte platnicza (do kina jeszcze chusteczki, lubie sobie poplakac).
To ja już wiem, dlaczego od paru sezonów są modne takie wielkie torby:) Pamiętam pewnego sylwestra, którego obserwowałam zawodowo, był na nim konkurs – każda pani, która miała w torebce więcej niż 15 rzeczy dostawała nagrodę. Rekordzistka miała chyba ze 40 przedmiotów, a i tak nagród zabrakło… :)
Jak w głowie zapali się światełko, że ot Warszawa, ot Wrocław, od Szczecinek – to czasami nie pozostaje nic innego tylko z miejsca wskoczyć do pociągu i ziuuuuuu.
:)