Mam dziś wielowątkowie. Myśl jedna rozgałęzia się na tysiące cienkich nitek, niczym nie mniej silne dopływy potężnej rzeki… Kilka z tych wątków złapałam za ogon jak sroki, ale większość już wpadła z pluskiem do głównego nurtu i tyle je widziano…
Po przeczytaniu dzisiejszej gazety znów zaczęłam się bać Daniela Day-Lewisa. Boję się go od dawna, ale miałam wrażenie, że mój lęk przygasł przez ostatnie lata – to pewnie dlatego, że on przebiera w rolach i grywa nie za często, więc go widuję jedynie od wielkiego dzwonu. A zaczęłam się go bać po pierwszym filmie, w jakim go widziałam – po “W imię ojca”. Aktor nokautujący, pozbawiający tchu i stawiający na baczność przed swoją wielkością. On jest taki strasznie serio i takiego samego poważnego podejścia do sprawy i swojej sztuki aktorskiej wymaga od widza. Ja się boję, bo mam wrażenie, że nie sprostam, nie do końca zrozumiem, że nie wyłapię wszystkich niuansów jego talentu. Sobolewski pisał dziś o nowym filmie i zauważył, że zostawia widza obojętnym, trochę na zewnątrz, niewzruszonego, nieprzejętego historią, bo pouczanego, karconego przez doskonałego reżysera, aktorów, przez wypieszczoną fabułę. Filmu nie widziałm, ale ta charakterystyka odnosi się chyba do całego aktorskiego życia Day-Lewisa. Metoda Stanisławskiego w skrajnej postaci. Dziś w “Wyborczej” mówi, że kino to tylko zabawa i że w fazie ćwiczeń roli wcale nie był okrutny dla dzieci i nie wybudował szybu naftowego w ogródku, a ja do dziś mam w pamięci wywiad z nim sprzed paru lat, w którym wyraźnie mówi o tym, że przygotowując się do “Ostatniego Mohikanina” spał na ziemi, mieszkał w lesie i nie mył się przez ileś tam… Jest idealny w każdym calu, nieskazitelny, cały jest postacią i dlatego, przy swoim talencie, który ma – niewątpliwie ma – jest tak przeraźliwie nieprawdziwy. Dlatego boję się jego, a nie np. Roberta De Niro, przez którego role zawsze prześwituje kawałek brudnego człowieka, a nie stal maszyny do precyzyjnego wykonania zadania… Ale – zamykając gazetę – zaraz rozwinął mi się kolejny wątek: dobry film warto by obejrzeć. Najlepiej przy buzującym piwie, a do piwa najsympatyczniejsze są ciacha tymiankowe!

Procedura jest bardzo prosta – składniki jak na kruche ciasto: szklanka mąki, żółtko i masło. I do tego dodaję garść startych na tarce migdałów, trochę startego gruyèra, szczyptę kurkumy i zacną łyżkę tymianku suszonego. Ugniata się to tyle, aż będzie piękna kula, turla się ją na wałek i na godzinę wkłada do lodówki. Po tym czasie wałek kroi się na plastry, rozkłada na otłuszczonej blasze i piecze 20 min w 180 stopniach. Potem się otwiera piwo, psss, albo popija coś z butelki owiniętej w szary papier…
Właśnie, co to popijał drogi Stasiuk w drodze przez blisko 100 niemieckich miast?Wiem, to był Jimmy Bean. Pity w pociągach i na dworcach, wierny towarzysz wędrówki przez dziki niemiecki zachód. Bardzo mi się “Dojczland” podobał. Czytałam tę książkę z przerwami, bo przy pierwszym czytaniu utknęłam na 60 stronie i dałam bratu, a brat przeczytał i ogłosił, że jest lepsza niż “Fado”. Więc dokończyłam i się zgadzam. Niby nic, a jednak coś nowego udało się Stasiukowi napisać. Dość mieliśmy Bałkanów i dusz albańsko-chorwacko-rumuńskich, targanych niepokojem lub dla odmiany spokojnych niczym stadko owiec na bułgarskim stepie. O Niemcach niewiele da się dowiedzieć, choć autor trochę się do myślenia zmusza, bo w końcu jest w gościnie i by wypadało, zresztą o Niemcach to ja mam dużo własnych myśli, ale najpiękniejsze jest to, co odkrywa się przed nami mimochodem. Życie pisarza, zapraszanego na odczyty i spotkania autorskie. Jazda pociągiem, wystawanie na dworcach, popijawy po spotkaniach, na które przyszło dwieście osób albo nie przyszedł nikt. Gruby notes do zapisywania spostrzeżeń z niemieckiej ziemi, banknot 500 euro, którego pisarzowi z Polski trudno jest rozmienić w zwykłym monopolowym, wreszcie małe mieszkanko, które Stasiuk ma na swoje potrzeby w jednym z miast i gdzie robi sobie jajecznicę… Zastanawiam się, czy kiedykolwiek podeszłam tak blisko? Jasne, we wszystkich książkach pił, jadł i popuszczał pasa, ale przy poprzednich lekturach wydawało mi się to daleko naturalniejsze, bo bardziej był u siebie, w sterylnych Niemczech Stasiuk wydaje się być bardziej bezbronny, nieprzystający, zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że domagający się troskliwej opieki. Jak widać, mój związek ze Stasiukiem, o którym wspominałam w tym miejscu w październiku przeszłego roku, ma się stosunkowo dobrze i ciemne chmury na razie się rozwiały…
A pogoda dziś… No właśnie też wielowątkowa…



uwielbiam tymianek, piwo i stasiuka! co do day lewisa nie mam wyrobionej opinii.
slucham Twoich opowiesci z wielka przyjemnoscia :) dlaczego? to cala historia.
…brzmia w nich takie nuty, ktore sa bliskie memu sercu i nie ukrywam podniebieniu rowniez ;))
Ależ miło się czytatakie komentarze, drogie P. Życzę dobrego piątku wielowątku… :)
Tymiankowe! Do nadrobienia! :)
Day-Lewisa podziwiam ogromnie, tak jak podziwiam Jeremy’ego Ironsa, jednego z lepszych aktorow i niezwykle przystojnego mezczyzne. Film obejrze na pewno, mam nadzieje, ze niedlugo.
Tymiankowego ciacha nie jadlam nigdy, ksiazki Stasiuka tez jeszcze nie czytalam, ale mam ochote.
Zgadzam sie z Pajeczakami – pieknie piszesz!
merci…
Witam Cię. Od jakiegoś czasu czytam Cię ;), ale po raz pierwszy wyrażam swoją opinię. Daniela Day-Lewisa ja wprost uwielbiam, choć nie widzialam tego ostatniego filmu. Dla mnie jest on wcieleniem prawdziewgo mężczyzny, jest boski. Nie podniecam się jak naiwna nastolatka, tylko jako dojrzała – hehe – 30-latka ;)
A do książek A. Stasiuka ja siły nie mam. Może to po lekturze “Jadąc do Babadag”, w której utknęłłam na długo, męczyłam się, aż postanowiłam przerwać cierpienia i odpuścić sobie. Za to mój mąż go ceni.
Mnie chyba też przerażał ten stan, który ładnie określiłaś: “dusze albańsko-chorwacko-rumuńskie, targane niepokojem lub dla odmiany spokojne niczym stadko owiec na bułgarskim stepie.”
Pozdrawiam
Dzień dobry, Matyldo!
Ja nie miewam podobnych ekscytacji związanych z aktorami, choć dreszcz przyjemny odczuwam, gdy widzę Ironsa (jak Chihiro) oraz Madsa Mikkelsena (to duński aktor, pisałam o nim w październiku)… To są dla mnie piękne i mądre twarze…
A co do Stasiuka – moje zdanie jest takie – jeśli ktoś niczego Stasiukowego nie czytał, powinien zacząć od początków jego pisania, czyli np. od “Opowieści galicyjskich”, “Przez rzekę” albo od “Dukli” – to moja ukochana książka… Jak się zaczyna od “Babadagu”, to się grzęźnie i zniechęca:)
Liczę na kolejne wizyty!