00:15:33 To twoje papierosy?
00:15:35 Nie, leżały tutaj, kiedy przyszedłem
00:15:38 Nie palisz, prawda?
00:15:41 Nie, rzuciłem
00:15:42 Ja też
00:15:42 Tak, koniec tego, dosyć
00:15:44 25 lat, o rany
00:15:46 Koniec
00:15:48 Teraz kipi ze mnie energią
00:15:51 Odkąd rzuciłem, wszystko po prostu…
00:15:56 Tak, ja też
00:15:59 Żal mi frajerów, którzy sobie jeszcze przypalają
00:16:08 Śmieszne
00:16:11 Wiesz, najpiękniejsze w rzuceniu palenia jest to, że teraz, kiedy już nie palę, mogę sobie pozwolić na jednego, bo już rzuciłem*

Czasy się zmieniają i nawet rockman musi przestać palić:) Tego wymaga oświecona grupa docelowa, do której kieruje swoją muzykę i swoje coraz bardziej poprawne politycznie i bezbarwne teksty… Oczywiście, tych dwóch panów, siedzących przy powyższym stoliku, nie posądzam o taki konformizm, wiadomo, że to pod urokiem Jarmuscha poimprowizowali sobie niepodobnym do nich dialogiem, no ale nawet Tom Waits i Iggy Pop muszą przyznać, że świat się zmienia w tempie niezwykłym… Zresztą, to przecież właśnie Tom Waits wypowiedział onegdaj szczerozłotą myśl: “Trzeba ciągle być w biegu, jeszcze żaden pies nie obsikał jadącego autobusu”… Jak przypuszczam, miał jednak na myśli swój rozwój, pracę nad dziełem życia, pasję, protest przed zgnuśnieniem, itp. A myślę sobie o nim i o ciągłych przemianach w związku z wydarzeniem, którego sprawcami są bracia Cohen. Obejrzałam wczoraj ich nowy film i poczułam się trochę jak pestka awokado, którą rozebrano z ciepłego miąższu i bez nadziei porzucono gdzieś w kącie. Prysnęło kruche poczucie bezpieczeństwa, że żyjemy na najlepszym z miejsc i złudą okazała się pewność, że nasz świat nie dąży do samounicestwienia, że ludzie pielęgnują w sobie i innych jedynie piękne przymioty, premiują altruizm, optymizm, humanizm… Że po coś jednak pokazuję małemu F. cuda przyrody, wyrabiam w nim odruchy życzliwości i wrażliwości, że dobrze robię, upewniając go, że trzeba iść między ludzi, bo tam czeka go coś dobrego i ciekawego… Bardzo się wzruszyłam widokiem Lee Jonesa w ostatniej scenie, gdy uświadamia sobie, że spełnienie jego marzenia o przytuleniu się do ojca jest możliwe tylko po śmierci… Jego zagubienie i przerażenie współczesnością jest niezwykle sugestywne, a przerażające jak systematycznie gubi się w zmianach, zachodzących w rzeczywistości.
Kiedy ludzie przestają sobie mówić dzień dobry, gdy przestają sobie mówić pan, pani, niewiele trzeba do katastrofy – mówi jeden z szeryfów i wiele w tym racji. Niby się wszyscy do siebie zbliżyli, w globalnej wiosce przecież odległość przestała mieć znaczenie, jesteśmy z każdym na ty, ale te “familiarne” relacje tak naprawdę przynoszą więcej kłopotów niż pożytku… Każdego można poklepać po ramieniu, co wcale nie oznacza, że ma się do kogoś szacunek. Sama przecież do człowieka, niedawno poznanego na flickr, zaczęłam mówić po imieniu, choć od początku wiedziałam, że to mężczyzna w wieku mojego ojca (przepraszam, panie Romanie!). A dystans wymaga odrobiny szacunku, żal mi trochę tych wszystkich form, rygorów, obostrzeń, dotyczących rozmowy, korenspondencji, bycia w miejscach publicznych. Kiedyś ludzie mieli charakter, byli wobec siebie kimś, na zaufanie kogo trzeba było zapracować, trochę się postarać. Dziś “dodaję ludzi do swoich znajomych” i się cieszę, że mam ich tak dużo, tyle, że na tym się sprawa kończy.
Ależ dygresja, przesadna, paradna, ale fakt – dużo myślę o tym filmie. Mniej już jestem dzieckiem i wiem, że zmian nie da się zatrzymać, one idą jak taran i mają nie gorszą broń od Antona – kompletnie paraliżującą. Wielu jest takich, którzy z tym wirem sobie nie radzą, nawet nie potrafią go ogarnąć, a co dopiero się z nim mierzyć. I właściwie co im zostaje – kontestracja albo rezygnacja? A może uprawa swojego ogródka, ustalenie reguł w najbliższym otoczeniu? Inna rzecz, jakie zasady ustalić, by być i w zgodzie ze sobą, i nie dać się zjeść światu? Zawsze istnieje ryzyko, że ktoś powie, jak Anton u braci Cohen: “Miałeś zasady i spójrz, dokąd cię zaprowadziły?”, po czym bez mrugnięcia okiem strzeli prosto w twarz…
——-
*”Kawa i papierosy”



Banalnie, ale trzeba być sobą. Ta globalna wioska obliczona jest na efekt działania tłumu.
Prawda, niepotrzebnie ludzie pozbyli sie kilku podstawowych zasad, teraz zbieramy tego owoce.
zyj i daj zyc innym – proste, ale trudne tak naprawde.
mocna rzecz ten film.
swiat zaludnia cala masa szalencow, ktorzy za nic maja innych. moze sie zdarzyc, ze los postawi ich na naszej drodze – jesli nie da sie ich ominac to co robic? walczyc, rozmawiac, negocjowac, zdac sie na monete czy pogodzic z sytuacja (bo jest w tym wiecej godnosci). sama sie zastanawiam… bo moja natura to walka.
Ja mam wrazenie jest jest coraz gorzej i choc z natury jest pokojowo nastawiona to zdecydowanie stoje po stronie walki z szalencami.
Trochę nie o to mi szło…
Z szaleńcami lepiej nie walczyć, bo z góry jest się skazanym na niepowodzenie, szaleńcy wszak nie mają zdrowego rozsądku lub mają swój własny niezdrowy rozsądek…
Anton u Cohenów to symbol zmian, jakie zachodzą w świecie, w stosunkach między ludźmi, w relacjach człowiek-świat, itd. i raczej pisałam właśnie o tym – jak poruszać się w tej błyskawicznie się zmieniającej rzeczywistości, jak nie zgubić tego, co ważne dla siebie, a jednocześnie wybrać z tych nowości to, co nas wzbogaci, a nie pogrąży…
Entele napisała: “Prysnęło kruche poczucie bezpieczeństwa, że żyjemy na najlepszym z miejsc i złudą okazała się pewność, że nasz świat nie dąży do samounicestwienia (…)” – Dopiero???
Ale cieszę się, że piszesz dobre rzeczy o tym filmie. Właśnie nie wiedziałem, czy mam obejrzeć, czy nie i już chyba wiem.
Co do przechodzenia na “ty”, to ja znam kilka środowisk, w których jest to standardowa forma rozmowy z obcym (i nie, nie są to młodzieniaszki) i ja czuję się z tym źle. Nie ufam obcym, którzy mówią mi na ty, bo albo coś udają (np “luz”, “kumpelstwo”) albo nie mają szacunku do samego siebie (bo skoro do mnie na ty, to i ja do nich) albo, co najgorsze, już na starcie czują wobec mnie pogardę.
W Internecie jest trochę inaczej, bo tu jednak najczęściej “mówi się” do nicków i to trochę – przynajmniej w moim odczuciu – znosi konieczność “panowania”.
to tak rozlegle tematy, ze trudno sie zmiescic w jednej notce :)
odnoszac sie bezposrednio: ‘jak’ ? moge mowic tylko o sobie.
nie mam z tym problemu. nie gonie za moda, nie snobuje sie, bo… nie musze.
rzeczywistosc zmienia sie owszem, ale pewne rzeczy pozostaja niezmienne: przyjazn, dobra muzyka, wrazenie z milego wieczoru i spotkania przy winie. odcinam sie od szumu informacyjnego. jak? np nie wlaczam tv :) slucham innych – czy warto isc na wystawe, koncert, filtruje to przez nastroj i wlasny guscik i mam!
niektore srodowiska narzucaja pewien styl zycia i bycia – ale ja mowie: nie dajmy sie zwariowac. bywac nie znaczy byc.
a pokolenie zupek chinskich niesie ze soba taka sama ilosc emocji co wlasnie ta wspomniana zupka.
ja moge tak dlugo wiesz? ;)) pozdrawiam!!
Ciekawa notka. Zasady się przydają, im ich mniej, tym łatwiej się je porzuca. Pan Pani to dla mnie oczywistość, w końcu nie z każdym pija się bruderszafta.
A czasy się zmieniają od zawsze. Najnormalniejsza rzecz na świecie. Ale natura ludzka się nie zmienia, dlatego jakoś nie wierzę, że kiedykolwiek te zmiany czasów zmienią coś naprawdę istotnego.
Drogi Komerski – rzeczywiście, do niedawna prezentowałam dziwną mieszankę pensjonarskiej naiwności i optymizmu oraz ironii, zaprawionej cynizmem:) Od pewnego czasu jednak mój skład chemiczny to przewaga tego drugiego składnika…
Pajęczaki drogie – słowo snobować się i lansować poznałam w wieku 29 lat i od tamtej pory usiłuję się dowiedzieć, co właściwie się za nim kryje… O stosowaniu mowy nie ma na razie:)
Julio – dziękuję za optymizm:)
@Julia
Czasy się zmieniają od zawsze to prawda. Ja natomiast myślę, że nigdy tak mocno nasze zmysły nie były bombardowane mediami, kolorami, dźwiękami itp. To może spowodować, że zaczenimy popadać w skrajności.
Filmu jeszcze nie widzialam, ale zamierzam.
Natomiast obserwuje w moim otoczeniu cos zupelnie odwrotnego niz to, o czym piszecie. Moze dlatego, ze to co w Polsce wlasnie sie dzieje, dzialo sie w Anglii 20 lat temu. Ja tu widze niewiarygodny powrot do wartosci, do slow living. Ceni sie spacery z dzieckiem w parku w weekend, a nie szalenstwa w klubach (mowie o dwudziesto- i trzydziestoparolatkach), ceni sie dluuuugie lunche, chodzenie na zakupy z plocienna torba, raczej jakosc zycia niz jego tempo. W ogole nie widze lansu i snobizmu, ale wiadomo – Londyn tak wielki jest, ze kazdy znajdzie swoja nisze. Ja znalazlam i z niej nie wyleze :)
A co do mowienia per “ty”, tutaj to normalne i absolutnie nie swiadczy o braku szacunku. W jezyku polskim tez, moim zdaniem, nie swiadczy. Wazny jest sposob mowienia, intonacja, dobor slow, a czy powiem komus po imieniu czy per “pani” nie ma znaczenia. Dla mnie znacznie gorsze jest obslizgle “pani Aniu” niz “Aniu”….
Ja tam nie mam nic do panów i pań. Panów szczególnie. Bardzo ich lubię. :)
Darek
To oczywiśnie gdybanie. :) Znając historię, interesując się człowiekiem jestem przekonana, że “można nas zniszczyć ale nie pokonać”, że ludzie mają niesamowitą zdolność przystosowywania się, że “najważniejsze zawsze zostaje to samo”. Dlatego właśnie nazywamy siebie ludźmi.
Autorefleksje na temat autozagłady pewnie są potrzebne, ba – postapokaliptyczne klimaty nawet mnie pociągają. Ale nie wierzę, że to się może spełnić. W każdych czasach ludzie myślą o końcu (szczególnie na przełomach wieków), bo to też jest naturalne, takie myślenie. Ale, no na bogów – ktoś chyba zaniedbał tutaj wczesną edukację – przecież dobro zwycięża! ;)
Pozdrawiam (sama nie wiem skąd ten optymizm, może to ta wiosna i ta młodość? :))
@Julia
Mądrze piszesz!
Ja natomiast myślę o tym wszystkim jako normalny egoista. Znajduję się tu w określonej czasoprzestrzeni, całe te zmagania z apokalipsami, przystosowaniami, autozagładami są jak sinusoida. Jeśli amplituda tych zmian przekracza mój czas to wolę iść pod prąd bo czasu mało:)