Nie nazwałabym tego marzeniem, pragnieniem też nie, raczej ochotą. Od dawna mam ochotę wysłać komuś taki list, jaki dostaje Veronique w filmie Kieślowskiego “Podwójne życie Weroniki”. Alexander przysyła jej kasetę magnetofonową z nagranymi dźwiękami Paryża. Skrzypienie drzwi, hałas ulicy, wesołe “Pardon, pardon” kelnerki w restauracji – życie po prostu. Dzięki tym dźwiękom Veronique trafia na spotkanie ze swoją miłością i znacznie rozszerza się jej spektrum wrażeń zmysłowych (nie tylko dźwiękowych)…
Wysłałabym taki list Zygmuntowi. Starą kasetę magnetofonową, którą dawno temu mi pożyczył, a na której nagrane są piosenki Madredeusa z “O Paraiso”, nagrałabym na nowo. Przez piękny sopran Teresy przebiłoby się to tubalne: “No i co tam, Walpurgia?”. Mówił tak do mnie czasami, czasami klepnął mocno w plecy, czasem dał się pocałować w siwą, krótko ostrzyżoną głowę. Stary satyr o przenikliwym spojrzeniu… Nagrałabym też szorstki szelest sztruksu jego spodni i koszuli, bo szumiał, gdy chodził. Zarejestrowałabym też stuk kuli po Kanowych schodach, wiadomo było, że się zbliża:) Mruczando wprost do ucha po paru głębszych, kiedy zawierzało mu się najskrytsze tajemnice, a on wprost z brzucha pytał: “No i co, kochasz go jeszcze?”… Kilka wykładów na temat teatru i ostre reprymendy, gdy myliłam jednego reżysera z drugim albo jednemu przypisywałam spektakl drugiego… Zupełną ciszę wśród ludzi, gdy mówił, zawsze – myślę – szczerze i uczciwie. Zanotowałabym też kilka ataków furii, gdy coś szło nie po jego myśli, parę wulkanicznych śmiechów, pst zapalanego papierosa… Ale i sukot obcasów miejskiego kloszarda, którego mijałam dziś w podziemiach dworca, a który napluł sobie na buty, a potem starannie wyszorował je lekko zużytą czapką. Zmieściłyby się toasty dwóch dziadków z przystanku autobusowego w Gdańsku, dziadków o szczerozłotych uśmiechach, co piją balsam litewski przez słomkę i życzą sobie “takiego dobrego roku jak ten 1936″… Zgrzyt wesołego tramwaju, którym dziewuchy jadą na piątkową imprezę, a spod ich codziennych ciemnych płaszczy wypływają kolorowe, błyszczące sukienki… I plusk rozlewanego piwa, mleka, herbaty… Nieme, choć doprawdy słyszalne, zdziwienie małego F., gdy z głośników wydobywa się głos Wilhelmiego, czytającego: “Moskwa-Pietuszki. Nieznana brama”. I na koniec jeszcze pytanie od ludzi, co go nie znali: “Co to musiał być za gość?”… Nagrałabym mu życie, po prostu…

Mam jakieś zdjęcie z Zygmuntem, ale są na nich inni i nie wiem, czy mieliby ochotę być upublicznieni. To zdjęcie jest z książki o Kanie, teatrze, który stworzył w Szczecinie. Ja go z kolei takiego nie znałam – z burzą ciemnych włosów i brodą. Zygmunt nie zmienił mojego życia; piętno, jakie na nim odcisnął, też nie jest wielkie, ale niezwykle odczuwalne. Nie byłam aktorką w jego teatrze (a może bym była, gdyby nie zapomniał o naszym spotkaniu w tej sprawie, a ja w przypływie studenckiej godności i głupio rozumianej kontestacji nie zgodziłam się na kolejne:), nie miałam z nim do czynienia w pracy. Ale mimo naszych rzadkich kontaktów, zdążył mi zaszczepić gen dobrego, mądrego i odważnego teatru, który przede wszystkim jest uczciwy wobec widza. Teatru, pięknego przez prostotę słowa, gestu, rekwizytu, niosącego ładunek energii, po którym trudno beztrosko wrócić do swoich wcześniejszych zajęć… Dzięki Zygmuntowi zakochałam się w Derevie, teatrze rosyjskim, tańcu butoh. Zdążyłam jeszcze parokrotnie doświadczyć i “Moskwy-Pietuszki”, i “Nocy”, dotknąć Zygmuntowych definicji teatru w ich realnym, namacalnym kształcie i dzięki nim wejść choć jedną nogą w rwący teatralny nurt… Dzięki Zygmuntowi poznałam też pięknych i mądrych ludzi, którzy poprowadzili mnie ścieżką dalej…
“Wszystko, co moje – co być może jest moje – wszystko to rzucam dziś na biały ołtarz Afrodyty” – mówi Wienia…
Tylko, gdzie słać tę kasetę, Zygmunt?
—-
Zygmunt Duczyński (1954-2006)



poruszajace.
:)
Już ją wysłałaś. On żyje wirtualnie.
Warto spotkać kogoś tak energetycznego na swojej drodze. Nie wszyscy mają takie szczęście.
Najważniejsze zawsze pozostanie to samo – drugi człowiek. :)
Największy wpływ na bieg życia mają ludzie. Ten Drugi Człowiek. Czasem wystarczy bardzo krótki kontakt. Tak stajemy się nieśmiertelni – jedni w drugich.
Tak piekny tekst, ze kazdy komentarz bedzie zbedny. Chcialabym tylko, zebys wiedziala, ze z kazdym takim wpisem jestem coraz bardziej zauroczona Twoja wrazliwoscia i uroda duszy…
Droga Chihiro – to właśnie Zygmunt i jemu podobni są współudziałowcami w tworzeniu mojej wrażliwości…