Rdza na paterze, którą widziałam niegdyś na Kole, byłaby dość inspirująca na napisanie poematu. Talentu do poezji to ja nie mam – mam za to chęć i systematyczność do gromadzenia rozmaitych anegdot i historii z dawnych czasów. Bardzo mnie podnoszą na duchu opowieści z myszką:) Pewnie dlatego tak kocham “Hanemanna” (choć innych książek Chwina już nie) – za te jego batysty, sploty, za przemowy łyżek, którym rozwiązał usta i których wysłuchał. Swego czasu napisałam nawet magisterium o reizmie u Herberta, wpadając wtedy w nostalgię i chęć zatrzymania wszystkich starych przedmiotów, które znają miliony wzruszających i krzepiących narracji. Znam relację ostatniej filiżanki z herbacianej zastawy, która przeżyła dwie wojny, wieziona za pazuchą pewnej kobiety. Słyszałam opowieść starej torby, przenoszącej jedzenie dla ukrywającej się w piwnicy rodziny starego żydowskiego portiera z lwowskiego hotelu. W torbie tej mój znajomy do tej pory nosi książki i prażone migdały. Znam krótką historię zielonej żakardowej sukienki, która należała do Niemki, mieszkającej w domu, gdzie dziś jeszcze mieszka mój dziadek. Sukienki, którą nosiłam na weselu mojej najlepszej przyjaciółki. Pamiętam o sztucznych perłach ciotki mojej drogiej A., ratujących honor pewnej ambasadorowej, która przed przyjęciem rozerwała sznur prawdziwych, otrzymanych od wpływowego gościa. Po latach A. rozebrała te perły na części i sprzedała w robionych przez siebie kolczykach. Zapisałam sobie gdzieś wspomnienie buta z wydrążonym obcasem, którym wywieziono na Zachód piękne, choć wstrząsające zdjęcia. But ten wylądował na nogach jednego z paryskich żebraków. Wiem o wachlarzu, zza którego na swoim pierwszym balu kokietowała przystojnego oficera prababcia mojej znajomej. On napisał na tym wachlarzu kopiowym ołówkiem kilka pięknych epitetów, przeczytanych potem przez srogiego ojca. Prababcię wysłano do klasztornej szkoły, by zapomniała. Zapomniała. Odnalazłam też w notatkach relację pierścionka, który był już włożony do trumny wraz z ciałem narzeczonego nieznanej mi osobiście kobiety, a który później został wydobyty z grobowca, bo to on, a nie zmurszałe kości kochanka były najmilszą jej pamiątką…
Znam wiele takich historii, pieszczę je w pamięci, sama ulegając co i rusz mocy przedmiotu. Rzecz jest bowiem dla mnie świadkiem czasu, to na niej odkładają się słoje emocji. Ona umie wstrząsnąć człowiekiem i mu coś udowodnić. Dowód rzeczowy. Dowód życiowy.



Historie takowe wzmacniaja nasze korzenie.
a pamiec to czasem jedyna rzecz jaka nam pozostaje…
Piekne historie :) Ja tez zauroczona bylam “Hanemannem”, a takze “Lala” Dehnela – uwielbiam sluchac takich rodzinnych anegdotek z dawnych czasow i nurzac sie w sentymentach i nostalgii…
W przedmiotach tkwi niezmierzona magia. To taka celebracja rzeczywistości poprzez jej szczegół, konstrukt.
“Hanemanna” to byla jedyna ksiazka Chwina ktora przeczytalem bez cmokania
piekne historie. o przedmiotach. o ludziach :)
ja mam sakiewkę mojej ciotki, wyszywaną koralikami, w której przewiozła prochy swojego męża na miejsce spoczynku w Zurichu:) Dlatego uwielbiam takie historie…
Piękna historia, Agnieszko! Poproszę o szczegóły na maila. Wzbogacisz mój zbiór:)