
Przestałam chodzić do zwykłych sklepów, odkąd zauważyłam, że F. ma taką samą czapkę jak pół Warszawy:) Poza tym w każdym z nich jest identyczny asortyment, tylko metki i ceny inne. Nie ma za to magii, wszystko w zgrabną kostkę ułożone, sterylne na białych lub metalowych stołach – klimat absurdalnie prosektoryjny. Przypomina mi gotowe jedzenie z supermarketu, zafoliowane na tacy, smakujące jednakowo pod każdą szerokością geograficzną. Nie będę ukrywać – chudych pań ekspedientek jakoś nie cenię, zachowują się bowiem, jakby ludzkość występowała w trzech podstawowych rozmiarach (choć na rozmiar 40 reagują mało przychylnie, dodatkowo obrzucając klienta wzrokiem Bazyliszka), a ci, którzy się w nich nie mieszczą, powinni chodzić w worach pokutnych lub nago.
Przerzuciłam się na odzież używaną – wciąż używaną. Same radosne niespodzianki wiążą się z takimi zakupami, szczególnie przy przerzucaniu skotłowanych zawartości wielkich kubików, w których kryją się nieprzebrane skarby kurtek, czapek i strojów karnawałowych. Stojąc na progu jednego czy drugiego szmateksu, czuję zapach polowania, drażni moje nozdrza i wyostrza zmysły. Ogarniam sterty tekstyliów jak pirat, który obserwuje ląd ze swojego statku – nie jest pewien, co się wydarzy, ale wie, że nudno nie będzie:) Trudno bowiem ocenić, czy ziemia, na którą właśnie natrafiliśmy, to kraj pełen bogactw, czy jałowe pole, którego nie da się ograbić. Na każdym długim drążku z wieszakami, oprócz banalnych koszulek z M&S, są piękne bluzki z egzotycznymi metkami, a które byle dziewoję przemieniają w ognistą, pełną powabu kobietę… Dreszcz emocji, jaki towarzyszy tym odkryciom, jest wart swoich 45 zł za kilogram:)
Na dzielnicy mam pięć takich domów mody, gdzie każda pracownica pochyla się nad wyborem i doprawdy fachowo potrafi doradzić i – serio – nie ściemniać, gdy coś krzywo leży tylko po to, by sprzedać kolejną parę dżinsów… Donoszą z zaplecza eleganckie dodatki – do płaszcza jakiś koronkowy kołnierz, do spodni kilkanaście różnych pasków, ćwierkają przy tym głośno, a stałym klientom nawet dają kawę. No i nagminnie odliczają od rachunków te odstające grosze, co w normalnym sklepie byłoby absolutnie nie do pomyślenia!
Bywam czasem w internetowych vintage shopach – mam dwa – w jednym z nich kupiłam przed chwilą Julkę. Liczę, że się będzie dobrze nosić:)
Następna wyprawa we wtorek. Drżyjcie szyby wystawowe!



:>
czekam z utęsknieniem na wolną chwilę, by szturm znów zrobić na lumpy/ciuchy/sekondhendy…
jak zwał tak zwał, ale istna to kopalnia skarbów, w której znalazłam wymarzone spodnie za 5 zł i latem z nich nie wychodzę, a obecnie obnoszę się w sztruksach za 2,5 zł.
że o ostatniej zdobyczy nie wspomnę, ciiii…
Och ciuchlandy to jest niebo na ziemi…
o tak, ciucholandy zdecydowanie wyzwalają we mnie instynkt łowcy.
wystarczy spojrzeć w boku jak w szale przerzucam sterty ciuchów, które fruwają niemal w powietrzu.
czasem nie udaje mi się stłumić okrzyku zwycięstwa, gdy trafię na jakiś smaczny kąsek, a trafia się to nadzwyczaj często.
ciucholandy to także kopalnia niepowtarzalnych wzorów, kolorów i materiałów na wszelkie rękodzielnicze wyszywanki.
Prześliczną masz bluzeczkę, z rodzaju tych n których widok oczy mi sie świecą :)
bluzka jest używana, kupiłam ją na aukcji internetowej, tam też można wiele okazów znaleźć:)
tez szperam. mam swoje ulubione miejsca, niestety jedno niedawno zamkneli :/
swietnie wygladasz w tej bluzce!! :))
a ja w ogole nie mam szczescia do lumpeksow. nigdy nie trafilam na nic wyjatkowego :( wszystko wydaje mi sie banalne i nie wiem, jak ludzie to robia, ze znajduja fajne rzeczy…
Ludzie grzebią, nie zrażając się niepowodzeniami:) Tak długo aż się dogrzebią…
Ja mam rozne doswiadczenia z ciucholandami. Jako ze jestem niska i dosc drobna, trudniej mi znalezc cos fajnego, bo wiekszosc ciuchow jest za duzych. Kocham za to uzywane buty, tych nigdy nie mam dosc!
Bluzeczka jest faktycznie sliczna i bardzo Ci do twarzy w fioletach :)
Ja chyba nie mam zbyt wielkiego daru do szmateksowych polowań. Ale moja Mama, ta to jest dopiero utalentowana!Ubrana od góry do dołu w najlepsze marki, do tego zupełnie na markach się nie znająca (jej kryteria wyboru: czy ładne, czy w dobrym gatunku, czy nie zniszczone). Teraz szaleje i wyszukuje perełki dla mojej nienarodzonej jeszcze córki. Mieszka poza Warszawą, a tam ciuchlandy duuuuużo tańsze.
W ogóle to serdecznie pozdrawiam, odwiedzam Cię często, ale jakoś wcześniej nie miałam odwagi nic napisać…
Proszę częściej odwiedzać – wszak dobrze wiedzieć, do kogo się pisze:) Witam cię i zapraszam!