Śpi głęboko. Miewam zasadne przypuszczenie, że niemal nie oddycha. Skulona w ciemnym kącie, zmęczona czekaniem, śpi we mnie kobieta. Nie wiem tylko, kto ją do tego kąta zagonił – ja sama czy świat? Bo ja wyznaję przedwieczne rozumienie kobiety – dlatego od dawna nie umiem jej znaleźć w sobie i od pewnego czasu gryzie mnie to znacząco. Patrzę na siebie i widzę kogoś do kobiety podobnego, kto jednak zapomniał/odrzucił to, kim jest. Postać mam kobiecą, niewątpliwie, ale nie o to idzie… Bardziej o kobiece nazywanie i przeżywanie świata, o kobiecy krąg, który uczy i prowadzi, o moc kobiecych mądrości, do których nie mam dostępu… Więzi kobiece się rozsypują, bo ludzie zdecydowali rozluźniać więzy między sobą – matki zostają w pustych domach, córki lgną do wielkiego świata, o babkach, które zostały w jeszcze bardziej pustych domach, się pamięta rzadko, zupełnie nie ceniąc ich mądrości. Mam w pamięci – zacierający się już niestety – obraz mojej babci O., która w moim dziecięcym przekonaniu miała władzę nad życiem i śmiercią: potrafiła zabić kurę (pokażę ci, jak to zrobić, żeby kurę nie bolało), mieszać w garnku krew na kaszankę (trzeba ciągle mieszać, żeby nie zakrzepło), znała nazwy wielu ziół i drzew (to jest wątrobianka, a to mięta) i która żyła dość mocno w kręgu kobiet (sąsiadek i ciotek)… Potrafiła działać w zgodzie z ziemią, z jej naturalnym rytmem siania i zbierania, ja tymczasem zasuwam chodnikiem i często nie odróżniam dnia od nocy, a pory roku powoli zlewają mi się w jedną – i to nie najładniejszą.
Tracę zmysły. Wzrok rejestruje drobne załamania w natężeniu żarówki, nie mogę za to złapać tego momentu między popołudniem a zmierzchem, gubię się w godzinach, wyznaczanych słońcem, choć doskonale trafiam, która jest na zegarze. Smak staram się trzymać w garści, podsuwając mu czasem nowe, naturalne doznania, każę rozpoznawać odmiany jabłka, ale i tak nie pamiętam już, jak smakuje mleko (a pamiętam kobietę, która potrafiła zgadnąć po smaku, kiedy mleko było udojone – wczoraj, przedwczoraj)… Dlaczego rechot żab wydaje mi się nagle hałasem, a nie rozkosznym żartem przyrody? Dlaczego to nie cisza jest dla mnie znakiem bezpiecznego miejsca, ale jednostajny szum tramwaju i światła miasta? Chciałabym nosem odkrywać świat, wyznaczać węchem siatkę deszczów, śnieżyc i upałów. Potrafię ocenić jakość perfum pani w metrze, a tylko przez mgłę pamiętam lipę, świerk i fiołek. Stracę zmysły bezpowrotnie, stracę skarb, który kobietom jest potrzebny, by podtrzymywać życie… Może jedynie dotyk pamięta najwięcej, choć i on jest przeganiany ze strategicznych pozycji. By o niego zawalczyć, przestałam się myć gąbką i zaczęłam się dotykać – odtwarzać kształt własnego ciała, ukrywanego pod materiałem, o zapachu balsamu, który nie przepuszcza potu (to właściwie skąd wiadomo, że żyjemy?)…
Obserwuję czasem kobiety. Kawki na placu zabaw z dziećmi, które stroszą się jak kury, by udowodnić sobie nawzajem, że to ich jajo jest najbliższe ideału. Panie na placu Trzech Krzyży, wchodzące do eleganckiego butiku z twarzami ściągniętymi sukcesem, a wieczorem zrozpaczone przed lustrem i nierozumiejące, jak coś takiego, jak zmarszczka może wpisywać się w nieustająco wirujący krąg życia. Widzę kobiety w tramwajach, których myśli, odbijające się w szybach, dotyczą łatania budżetu, zmuszania dzieci do nauki i sposobów uniknięcia gniewu mężczyzny. Znam rozświergotane nastolatki, tak do siebie podobne w mowie i piśmie, dla których natura jest plażą na Ibizie…
Nie mam planów, by się obudzić – nic pod presją. Ale myślę o zmianach. A kropla niech drąży…
—-
A one w Leonardach min,
W obrotach Rafaela,
W okrągłych ogniach, w klatkach z lin,
W przedmieściach i niedzielach.
A w każdej bryce vis à vis
Madonna i madonna.
I nie wiadomo, która śpi,
A która jest natchniona
- szóstka koni
- one
- szóstka koni
- one
- szóstka koni
- one
Zakręcone!



poruszylas kilka strun, ktore i w mojej duszy.
ja znalazlam sposob, ale jestem dopiero na poczatku drogi.
.
swietny Mirona wiersz.
.
mnie tez brakuje takiej kobiecej pierwotnej sily… i szans na nia mamy wszystkie coraz mniej. ujednolicamy sie, upodabniamy, nie tylko ludzie ze wschodu i zachodu, ale i kobiety i mezczyzni…
szkoda!
Wszystkie jesteśmy Madonnami :)
No tak – uśpionymi Madonnami. Ale byśmy miały siłę, gdyby się je udało obudzić!
Dzięki serdeczne za tych parę zdań, fajnie wplotły się w moje przemyślenia o kobiecości, które snują mi się po głowie od Dnia Kobiet (przeżytego trochę bardziej refleksyjnie niż poprzednie…).
Dziękuję:)
No i wszystko zostalo powiedziane. Piekne mysli i niestety czesto trafne takze jesli o mnie chodzi… Jak sie odnalezc w tym swiecie, ktory zmusza nas do innej wiedzy, innego stylu zycia?
A co do mycia sie, to ja sie mylam i myje zawsze tylko reka i mydlem. Szybka ankieta wsrod znajomych mi kobiet wykazala mi kiedys, ze te sie myja gabka, ktore nie czuja sie swobodnie ze swoja kobiecoscia…
Czytam od dawna, ale dopiero teraz jestem skłonna odpowiedzieć. Powiedziane zostało wszystko, ciężko znaleźć nowe słowa…
Nie boli mnie to, co często zarzucają kobietom. Bo nie noszenie spodni jest symbolem utraty kobiecości, kobiecość zatracamy subtelniej. Sukienkę zawsze można założyć, radości z życia nie da się tak łatwo odzyskać. Przyjmujemy ufnie nowe racje, ratujące nas od ciężaru macierzyństwa, małżeństwa, ratujące nas od bliskości drugiego człowieka – kobiety. Nie rozumiemy się, mówimy ale nie słuchamy.
Ja nie mam dzisiaj oparcia w drugiej kobiecie, łatwiej mi zwierzyć się mężczyźnie. Jak mogę rozmawiać z kimś, kto zerka za moim ramieniem na lustro i szuka w nim potwierdzenia wyższości nade mną?
Nie jestem Madonną…
Droga Gles, mnie najbardziej zdumiał fakt, jak łatwo (piszę o sobie) było mi przyjąć te nowe racje – jak bezboleśnie je zastosowałam u siebie… I dopiero teraz, po trzydziestce widzę, jak to było bezmyślne… Dlatego mam zamiar się budzić…:)
A takie wpisy, jak twój, tylko mnie utwierdzają w tym postanowieniu – czekam zatem na kolejne:)