
Na ile wystarcza niewielki kubek świeżo prażonych nasion dyni? Jakieś 20 minut przy patrzeniu przez okno na wiosenną śnieżycę, 42 minuty czytania gazety (zmarnowanie 42 minuty, gdyby nie wspomniana dynia, bo w gazetach dziś nudy i popelina), na niemal godzinę, gdy trzeba przy tym jeszcze grać w piłkę z F. oraz na jakieś 5 minut, gdy cały kubek wsypie się do ust jednym zdecydowanym ruchem, bez mrugnięcia okiem, choć parzy. Dowodzę od lat, że czas spędzany na dłubaniu nasion jest wykorzystywany słusznie, w żadnym razie nie marnowany! Droga E. tylko czeka na skwar czerwca i wielkie ledwo dojrzałe słoneczniki, które zamiast ziaren mają jeszcze mało skoncentrowany biały miąższ. Potrafi dłubać kilka sztuk od ręki – zawsze mnie zachwyca tym swoim słonecznikowym misterium… A mój drogi T. ostatnio nie rozstaje się z mieszanką studencką (choć studentem dawno już nie jest:), w której ulubione nerkowce i migdały wyznaczają mu rytm przerw w lekturze… A ja? Ja nie zliczę błahych i istotnych rozmów nad michą gotowanego bobu w ogrodzie babci, książek nad nią przeczytanych, przeliczonych liści na śliwkowym drzewie. Albo jasnych lekkich przygód, które w dzieciństwie miewałam w towarzystwie dmuchanego ryżu w słodkiej skorupce, który psuł zęby, rozweselał i zjednywał koleżanki… Nasiono jest wszystkim na świecie, w nim moc największa i jemu chwała najsilniejsza… Ono kiełkuje pomysłem, jak nie pomysłem – to nastrojem, jak nie nastrojem – to historią. – Opowiedz coś za michę rosołu z soczewicą – mówiłam kiedyś do pewnego zręcznego opowiadacza. – Garść migdałów – mówię dziś do przesympatycznej kobiety w warzywniaku. Często miewam coś w garści…



i ten zapach prazonych nasion :)
przypomnialas mi ten ryz w skorupce! jakie to bylo za slodkie :))
Dobre jest coś takiego, co w moim sklepie nazywa się chyba “czipsami bananowymi” – suszone plasterki bananów. Niby nic, a cieszy jak cholera i nawet do oglądania piłki nożnej (zamiast zwykłych czipsów) się nadaje, zwłaszcza w kompanii rodzynek.
A co do mieszanki studenckiej, to i owszem – super jest, ale w życiu nie widziałem studenta, który by to jadł. Studentowi bowiem, po kupieniu piwa (i lektury) zazwyczaj nie zostaje odpowiednio wiele pieniędzy, żeby się nerkowcami tuczyć.
A ja uwielbiam stragany ze wszelkimi nasionami w wielkich worach :) Kolorowe, cudaczne, czasem pojecia nie mam co to za nasiona matka natura stworzyla…:)
Nie zdradzę, kto to ten T., co to zajada się studentenfutter, faktem jest jednak, że za jego studenckich czasów takich frykasów nie było – stąd rekompensata:)
ja lubię fistaszki, a zapomniałam o nich napisać, ech!
Soczewica. Love.
soczewica – e, nie! lubię za to czerwoną drobną fasolę, kiełki oraz sezam. SEZAM!
Sezam, a jakże – ale PISTACJE!
KukuRYDZA!
Hmm, czytając miałam przed oczami scenę z Amelii, w której bohaterka zanurza dłoń w nasionach…
Świetna notka. Pozdrawiam. :)
No można się zasupłać na chwilę w entelepentele, nie powiem :)
ja jestem stale zasupłana:)