Recenzenci (nie krytycy, to inna historia) filmowi wkurzają mnie niewymownie. Nie dość, że zdradzają wszystkie newralgiczne punkty filmu, nie dość, że przepisują żywcem z materiałów prasowych, to czasami wykazują tak dalece idącą ignorancję w regułach gatunku, że ręce opadają… Zbyt często miewam wrażenie, że wszyscy oni to niespełnieni reżyserzy, którzy siedząc na sali kinowej, rozmyślają, co by tu zrobili lepiej… Całe szczęście, że tym razem powstrzymałam się przed przeczytaniem gazety, nim poszłam do kina.
(nie mam się za recenzenta, więc zaraz zdradzę wszystko, ostrzegam!)
Love story na opak, piszą. Błąd! To doskonała prawdziwa love story – mieliśmy takiej przykład niedawno w “Między słowami”. Love story z odłożoną na później lub niemogącą się spełnić namiętnością. Tylko tyle, ale jakie pozytywy z tego faktu płyną dla bohaterów i dla widza! Trafia mnie grom z jasnego nieba, kiedy w recenzji czytam, że przełomowy moment w filmie to ten, gdy dziewczyna kładzie głowę na ramieniu chłopaka (lub w innej wersji “po nocy ze sobą spędzonej”). Najważniejszy moment w love story, nie tylko zresztą w filmie, ale i w życiu, to ten, gdy człowiekowi umysł się rozjaśnia i w osobie przed chwilą spotkanej widzi już nie obcą dziewczynę, która wrzuca do futerału 10 centów za piosenkę, ale kogoś, w kimś przeczuwa sprawcę wielkiej zmiany. Czy to będzie miłość, czy przyjaźń, czy wielkie dzieło (naukowe, kulturalne), czy może codzienna wspólna wędrówka, to kwestia odrębna i późniejsza… Najistotniejszy jest moment, gdy nad głową zapala się żarówka i błyska myśl: nie strać tego momentu, bo będziesz żałował… O tym jest ten film, na którego wcześniejszy seans się spóźniłam (przez popsuty tramwaj:)… O tym, że nie marnuje się szans, które stają przed nami, a nawet głośno śpiewają:) W “Once” są momenty, gdy historia mogłaby się potoczyć zgodnie z przyzwyczajeniami widza – serio! – zastanawiałam się parę razy, kiedy się wreszcie pocałują – ale toczy się inaczej; oboje wybierają inne ścieżki: on chce odszukać swoją namiętność do innej kobiety, ona szacunek i miłość do męża. Ale ta chęć zobaczenia przytulania i całowania stanowczo przesłania to, co oni sobie dali – a dali niemało: wielkie wsparcie i zrealizowane marzenie, wspólną pracę i radość z bycia razem… Dla niektórych to więcej niż jedno “hanky panky”. Poza tym nieuleganie pokusie to jest ćwiczenie woli, trudne, choć wykonalne (moja ulubiona Virginia pisała o tym, że ogromną pracą jest zachwycenie się szczęściem, a nawet przyjęcie go, a potem odrzucenie). W jednej z piosenek w “Once” są podobne słowa, napisane przez grającego główną rolę Glena Hansarda:

“So plant the thought and watch it grow… Wind it up and let it go”. Czyli zasiej myśl i patrz, jak rośnie… Zerwij i pozwól jej się uwolnić…



Wiesz, jak to ładnie napisał Tukidydes:
“Ludzie tak mało się wysilają,
by znaleźć prawdę.
Tak łatwo przyjmują poglądy,
na które się po prostu natknęli.
Nie jestem szczególnym i namiętnych konsumentem kina i opowieści, które ono serwuje. Ale znam się nieco na komunikacji i kodach komunikacji.
Film jest swoistego rodzaju historia opowiadana przez reżysera. Często w komunikacji kody są jednoznaczne, a jeszcze częściej wieloznaczne. Film, jako dzieło sztuki posługuje się często wieloznacznością i to prowadzi do tak różnorodnych sposobów odczytania jego przesłania. Jest to mniej lub bardziej udane i w nieokreślonej bliskości do tego, co tak naprawdę myślał i widział reżyser. Istota przekazu to poruszyć i pobudzić do refleksji. Ważne, by odbiorca – ktokolwiek by nim nie był – znalazł w nim coś ważnego dla siebie.
Nie ma i nie może być w sztuce jednoznaczności, bo wtedy stanie się rzemiosłem.
PS.
Chyba wybiorę się na ten film, by skonfrontować Twoje – bardzo ciekawe – odczytanie sensów z tym, co mnie poruszy w trakcie oglądania.
ja recenzji prawie nie czytuje – szukam info w internecie na temat moich ulubionych rezyserow i czekam na ich nowe filmy. albo od znajomych dowiaduje sie, co dobrego. a ta historia w Once wydaje mi sie bardzo ciekawa i chyba sie wybiore. z love stories najbardziej chyba lubie jednak Love Story:)
Nigdy nie wiemy co nas prawdziwie zachwyci. :)
“miedzy slowami” to film z 2003 roku, wiec chyba nie jest to tak “niedawno”…
[ladne zdjecie!]
Tak, 2003, ale jeśli żyje się od dobrego filmu do dobrego, to doprawdy to jest niedawno…
Po przeczytaniu tej notki rozważam spacer do kina. Doświadczam czegoś co opisałaś, dobrze robi świadomość, że są ludzie, którzy umieją docenić owo “między słowami” (btw to był rzeczywiśnie naprawdę dobry film :))
A mnie sie wydawalo ze to film z 2006 czy 5… niewazne. W kazdym badz razie ogladalam go duzo wczesniej niz powstala twoja notka (taki przywilej bycia tu). Ja zakochalam sie w tej muzyce i slucham jej do teraz…
Masz racje, oczekujemy szczesliwych zakonczen, love story samego w sobie. Ale gdy pozwolisz sobie poniesc sie rytmem wydarzen odkrywasz cos zupelnie innego.. zaskakujacego.
wlasnie sie zastanawialam co w kinie ciekawego… wybiore sie :) to o czym tak ladnie napisalas bardzo wazne, ostatnio sporo o tym mysle… i nic nie robie…