Mała wielka Kratka
kwiecień 4, 2008 autor entelepentele
Staram się tego nie robić, ale są momenty, gdy muszę. Nie mówię i nie piszę o książkach, których nie przeczytałam do końca, wszak byłby to brak elementarnych zasad kultury i szacunku do autora. Ale dziś jest ten dzień. Czytam bowiem “Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny”, napisany przez dziennikarkę Kamilę Sławińską. Pierwsze refleksje po przeczytaniu połowy książki są takie, że ona jest po prostu rozgotowana w tym mieście jak makaron w kiepskiej włoskiej knajpie, a ewentualne niedociągnięcia nowojorskie służą jedynie stworzeniu zasłony dymnej. Te minusy Wielkiego Jabłka rozczuliły mnie dokumentnie i pomyślałam, że doprawdy o Warszawie można by napisać identyczną książkę (tyle, że nikt by jej nie kupił, bo NY to NY, a nie jakieś tam Warsaw i to nie nawet to amerykańskie, tylko europejskie, a europejskie, co wie każdy nowojorczyk, to strata czasu). Dlatego sobie taką książkę piszę w myślach i mam już nawet kilka punktów.

1. Emigracja. Jak dla Sławińskiej NY, tak dla mnie Warszawa jest miejscem dobrowolnego zesłania. Liczę, że chwilowego, ale chwila się rozciąga już trzy lata i jej kresu nie widać. Też byłam trochę oszołomiona codziennym kontaktem z wielkim miastem, też bywałam w skostniałych urzędach, wypełniałam papiery, a nawet posunęłam się do ekstrawagancji i w stolicy urodziłam dziecko:) Też toczę ze sobą rozprawy o tożsamości i przynależności, o byciu tu i teraz, o Polakach, jacy są i dlaczego właśnie czasem nijacy tacy… Drążę korytarze w tej zapyziałej rzeczywistości i wystawiam swoją słabą cierpliwość na kolejne wyczerpujące próby…
2. Ludzie. Nowy Jork to tygiel, pisze autorka. Warszawa to tygielek. W Wielkim Jabłku są wszyscy - Holendrzy, Japończycy, Polacy, Chińczycy, Meksykanie, Hiszpanie, itd. W Warszawie też są wszyscy. Wietnamczycy mieszkają chyba w Łomiankach (prasa donosi, że coraz trudniej tam się porozumiewać po polsku), Rosjanie na Pradze, w tzw. dobrych dzielnicach całe rodziny ambasadorów. Doprawdy, nigdy nie wiadomo, kogo się spotka na mieście. Kolega M. niedawno przyprowadził mi do domu Portugalczyka:), na placu zabaw F. kłócił się o łopatkę z małą Turczynką, a ostatnio w lokalnej kawiarni, gdy sobie na koniec zasiorbałam słomką, dwaj przystojni chłopcy podnieśli głowy znad laptopów i powiedzieli z najpiękniejszym francuskim akcentem: “Na zdrowie!”.
3. Wielka kratka. Manhattan w 1811 roku ojcowie miasta podzielili na piękne kawałki za pomocą linijki i skrupulatnie ponumerowali (choć zdarzają się dwie ulice z tym samym numerem, w końcu nikt nie jest doskonały), a prawdziwego nowojorczyka poznać po tym, że się w tej numeracji nie gubi (”Kto w NY nie wie, gdzie jest, nie zasługuje na to, by tu być!” - grzmi “New Yorker”). Ja w Warszawie też mam swoją małą kratkę. Dopiero przy lekturze tej książki zrozumiałam, dlaczego tak lubię spacery piechotą od pl. Konstytucji aż do Jerozolimskich. Bo tam jest kratka - Marszałkowska, a od niej Piękna i Koszykowa, i Hoża, i Wspólna, i Żurawia. Równe, rytmiczne kawałki, można wręcz kroki liczyć, ile od jednej przecznicy do drugiej… Wspaniały czas na udaną kontemplację! Kolejne etapy pokonuje się z ochotą, czując pod stopami puls miasta - jak w NY!
4. Gwiazdy i mosty. 171 East Seventy-First Street - tam mieszkała Holly Golightly. Trudno jest w NY znaleźć miejsce, gdzie nie mieszkałby ktoś sławny albo znany. Niemal brak miejsca na kolejne brązowe tabliczki z nazwiskami. Pozazdrościć. W Warszawie na Chocimskiej przez marnych parę lat mieszkał Gombrowicz, może nawet drzwi w drzwi ze słynnym dyrygentem Rowickim. Na Chocimskiej także mieszkała Elżbieta Barszczewska, piękna aktorka przedwojenna, na Malczewskiego dom miała inna aktorka Jadwiga Smosarska. Na rogu Rakowieckiej rezydował Melchior Wańkowicz, w al. Niepodległości Jan Bytnar, a w domu przy mojej ulubionej Asfaltowej pisał Kleksa Jan Brzechwa. Gwiazd żywych również pod dostatkiem, dość powiedzieć, że w autobusie do pracy mój drogi M. spotyka czasem byłego premiera M. Gwiazdy z mostów widać także tu, Sławińska uwielbia Williamsburg Bridge, przebywanie na którym daje jej poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Ja lubię jechać Siekierkowskim, zawsze odczuwam niepokojąco przyjemny dreszcz na łydkach. Czy to znak, że już pokochałam miasto, w którym mieszkam?

5. Przyjemności. Nowojorskie przyjemności są po nowojorsku przyjemne. Kawę mają ohydną, podobno. Za to pizza najlepsza jest na świecie, prawdziwa, robiona przez włoskie mama mia… Jak i w NY, tak i tu, trzeba długo szukać, by znaleźć rozkoszne miejsce, do którego się wraca - jak ja do tych (chyba) Egipcjan z kebabem, Polaków w “Dzikim Ryżu” i różanej “Lokalnej”… Nie ma łatwo, trzeba samemu przemierzyć miasto, by znaleźć swój port, choć my mamy nieco łatwiej, bo jeden pasibrzuch Nowak w “Co jest grane”, a oni - za oceanem - tysiące (wiecznie głodnych) krytyków kulinarnych…
Wdzięczna jest ta książka i czytam ją zaiste w dobrym tempie nowojorskiej minuty:) Wolałabym jednak na wstępie trochę więcej szczerości - TAK! To było moje największe marzenie: mieszkać tu, żyć tu, w tym kłębowisku kultur, języków, plątaninie linii metra, wśród oparów wielkiej sztuki, 100 stopni Fahrenheita, pocić się nad utrzymaniem na powierzchni tego tętniącego pępka świata! O tym marzyłam i mam to! Wtedy czapka sama spadłaby mi z głowy…



Dobrze jest umieć odkrywać w powszednich miejscach rzeczy i stany niezwykłe. Bo tak naprawdę to my kreujemy otaczającą nas rzeczywistość, kreujemy ja w umyśle poprzez jakość postrzegania.
Nie zawsze da się wszystko poustawiać, jak ulice w Nowym Jorku, ale zawsze można próbować.
O moim miescie tez bym mogla napisac taka fajna ksiazke, nie jest to co prawda NY, ale rownie piekne miasto, do ktorego ciagna ludzie, co szukaja dla siebie szansy. Ja jeszcze szal wokol NY jestem w stanie zrozumiec, to jest doprawdy energetyczne miasto, ale juz np. fenomenu Paryza rozgryzc nie moge. To okropne, zadufane w sobie miasto zarozumialych ludzi…
Sciskam z SF:)
Santa aFe:) to miasto Science Fiction:), doprawdy…
mokotowskie ad. 4 - Herbert przy ul. Promenada (koło parku Morskie Oko). a przy Chełmskiej cała kamienica artystyczna - T. Jastrun opisywał gdzieś, kto tam mieszkał.
Kochana E. - nie Santa aFe, ale SanFran, zapomnialas? To jest rzeczywiscie miasto fantastyczne:)
Droga J. - kiedyś się przyglądałam tym, co mieszkali w mojej dzielnicy i jest ich wielu (przy mojej ulicy np. K. Górski i - prawdopodobnie, bo nie mam 100% pewności - K. Kieślowski. mieszkali tu też Broniewski i prezydent Starzyński i pani, która dała twarz Syrence warszawskiej, Marian Hemar, Rydz-Śmigły)… Itd… I pewnie będę się dowiadywać o tej dzielnicy jeszcze wielu ciekawych rzeczy:)
Agnieszko, Agnieszko, nie zapomniałam…
Pani Syrenka mieszkała też przez pewien czas w (moich) Puławach :-)
przypomniałam sobie - Krystyna Krahelska (Syrenka)…
tracam dzis u siebie temat Warszawy, ale w innym kontekscie… :)
sama nigdy nie napisze ksiazki o tym miescie, ale chetnie przeczytam Twoja.
‘Kocham to miasto i nienawidzę go …’
:)
ja też nie mam zamiaru pisać jej naprawdę… ułożyłam sobie jeno kilka punktów, które wykazują odrobinę podobieństwa w byciu w każdym z tych miast…
może gdy już znajdę swoje właściwe miejsce na ziemi, to taka książka powstanie, kto wie?
Chyba pokochalas Warszawe :) Ja nigdy tego nie potrafilam, szczerze tego miasta nie znosilam, meczylam sie w nim.
A napisz, ktore warszawskie dzielnice uchodza za dobre, takie, w ktorych mieszkaja rodziny ambsadorow?
Na wsi Mokotów jest kilkanaście ambasad, w niektórych mieszkają rodziny dyplomatów… Podjeżdżają do ogrodu jordanowskiego limuzynami na niebieskich blachach:)
———-
Warszawy nie polubiłam, na razie ją oswajam:)
Moim portem jest Tarabuk. :)
Holly Golightly, ach. Tablic w Warszawie jest zatrzęsienie. Ostatnio mój wzrok przyciągnęła taka, upamiętniająca, że mieszkańcem kamienicy był Piłsudski po 18 roku. Żywa historia.
Jakoś strasznie mi się czyta te posty, Drogie Panie - nie wiem, może dlatego, że kiedyś szukałem swojego miejsca na ziemi na dwu kontynentach, tak jak Wy?
Przez te lata zrozumiałem jedno: względy ekonomiczne nie są w stanie przeciąć korzeni, które uparcie tkwią w tym mieście. A w każdym razie nie umiałem się znaleźć w tym “melting pot” na Manhattanie, choć aklimatyzacja przyszła mi całkiem łatwo.
I wróciłem, żeby tu - w Warszawie - pławić się w jej (jakakolwiek by ona była) europejskości.