Tamka
kwiecień 6, 2008 autor entelepentele
O 10.40 - godzinie niedzielnej, gdy pozornie nie zdarza się nic i właśnie wiele z tego może wyniknąć, sunęłam ulicami Tamki, bezczelnie ziewając. Tamka w niedzielę jest wspaniała i niezwykle gościnna, bo choć warsztaty, których tu mnóstwo, są pozamykane, czynna jest cukiernia i sklep z jogurtem, a czynna i chętna do pogaduch jest zawsze Złota Kaczka. Przychodzę do niej rzadko, bo nie odpowiada mi ogranitowanie, jakie jej urzędnicy od pomników zafundowali, ale są to wizyty przejmujące i twórcze. Ona słucha i podryguje tłustym kuprem, ja gadam albo tylko przeżuwam bułę z jogurtem i porozumiewam się jedynie telepatycznie. Złota Kaczka zna kilka moich ważnych dylematów i milczy, choć nie raz i nie dwa jej milcząca postawa od razu zsyłała na mnie niekłopotliwe rozwiązanie. Mam u niej dług wdzięczności (ufam, że nie w talarach:) Zaliczyłam też bliskie spotkanie z zakonnicą - piękną, starannie pomarszczoną starszą panią, która biegła wprost na mnie, zagarniając co i rusz poły mokrego płaszcza… Doprawdy, blisko jej było do moich wyobrażeń o tajemniczych zakonnicach z klasztoru na Tamce, które z benedyktyńską dokładnością i cierpliwością wyszywały te wyprawy ślubne dla bogatych panienek z arystokracji warszawskiej… Ech, ale ona miała wzrok, jakby całymi dniami zgłębiała encykliki, a nie kłuła się igłą… Wpadła na mnie, przeprosiła (po polsku, nie po łacinie!) i pobiegła dalej… Alleluja i do przodu!

Wracałam leniwie Foksal i mijałam knajpy, parujące od sobotnich tańców. Cała ulica niemal zasnuta zapachem spoconych ścian i niedogaszonych papierosów… Niedzielna zmiana kelnerów, kompletnie niewyspana, bo przecież sami się bawili, z trudem montuje pierwszy ogródek u szczytu ulicy. Jeden z chłopaków ze zdumieniem przeciera oczy fartuchem, gdy widzi swoich imprezowych kompanów, którzy dopiero wracają do domów i radośnie machają czapkami na powitanie… Inny kelner z głośnym westchnieniem ciężaru, jaki mu przyszło nieść na wątłych studenckich barkach, siada na krawężniku i zaciąga się papierosem, jakby miał być to jego ostatni mach w życiu.
—-
Na tyłach ulicy śmietnik, w nim jakieś 300 kwiatów, których nie sprzedałaby już żadna, najzręczniejsza nawet, kwiaciarka. Zmieszane z odpadkami, jedne z kwiatów jeszcze trzymają fason i formę, inne zupełnie się już poddały i gniją niewidowiskowo. W głowie głośnym stukaniem klawiszy maszyna do pisania wypisuje mi strofę, od której nie mogę się ostatnio uwolnić. Autora znam - Walt Whitman - ale istnienie tego wiersza uświadomił mi właśnie czytany “Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny”:
Przekazuję siebie w spadku ziemi, aby wyrosnąć trawą, którą kocham,
Jeśli chcesz znowu spotkać się ze mną, szukaj mnie pod podeszwami swych butów.
Nie będziesz wiedział dokładnie, kim jestem ani co oznaczam,
Ale mimo to będę dla ciebie zdrowiem,
Będę filtrem i fibrynogenem twojej krwi.
Jeśli nie uchwycisz mnie za pierwszym razem, nie trać nadziei,
Jeśli nie znajdziesz mnie w jednym miejscu, szukaj w innym -
Zatrzymam się gdzieś i poczekam na ciebie.



tu juz pozno, ale jeszcze cie czytam:) zawsze lubilam Tamke, ma w sobie jakas tajemnice. poza tym kojarzy mi sie ze studenckim kampusem…
dobranoc!
Nie lubię Warszawki.
Co nie zmienia faktu, że tak poetyckie opisy zaczynają mnie do niej przekonywać…
Ja też nie bardzo lubię, ale żyję tu, więc szukam plusów, by życie było znośne…
Poza tym jest Warszawka i Warszawa - wybór jest dowolny - jak się chce, to się znajdzie i ludzi, i miejsca, które są warszawskie a nie warsiawskie:)
Właśnie postawa szukania pozytywów i małych przebłysków, które nas zauroczą, jest znakomita obroną przed tym wszystkim czego nie cierpimy. To takie miłe punkty oparcia i azyl niczym średniowieczne kościoły.
Pozdrawiam z miejsca, które lubie :-)))
Warszawa jest miastem Serca :)
mimo mojej niecheci do waw, mam wielki sentyment do tamki…
I słusznie, panie Kretowisko (czy był pan kiedyś Ralphem E.?) Tamka ma moc przyciągającą…
taaa, zgadza sie ralph.ellison=outremer=kretowisko
;-)
mam problemy z utrzymaniem dominujacej osobowosci
Szukać plusów, szukać plusów… zapiszę, zapamiętam.
Bo coś ostatnio o tym szukaniu zapominam. Albo znaleźć jak na złość nie mogę.
Lubię Tamkę, no i całe Powiśle. Zaknajpione tyły Foksalu też są nieobce.
Whitman ma coś w sobie, a tego wiersza nie znałam.
Warszawa to moje ulubione miasto w Polsce. Widać wszystko jest możliwe. :)
Julio - to jest “Pieśń o sobie”, fragment 52, tom “Inskrypcje”, w: “Kim ostatecznie jestem. Poezje wybrane”. W tłumaczeniu Krzysztofa Borkowskiego, Kraków 2003:)
Muszę zakupić ten wybór. Bo Walt Whitman jest chyba jednym z niewielu poetów o tysiącu twarzy. Wielu z nich nie znam. Jeszcze.
pan ktory przelozyl te ksiazke nazywa sie krzysztow boczkowski
ja wole inny wiersz walta whitmana
Czy nigdy na ciebie nie przyszla godzina, / Boski promien spadajacy nagle, az pekaja te banki mydlane, moda, bogactwo, / Te gorliwe cele dzialania - ksiazki, polityka, sztuka, amory, / I zostaje zupelnie nic?
[przekl. cz. milosz]
aha…
w takim razie w “Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny” jest błąd… Cóż, zdarza się…
(swoją drogą - kiedyś w szacownym wydawnictwie nie do pomyślenia były błędy, o literówkach i niedbałym składzie nie wspomnę)
Dziękuję entele. :)
We mnie najmocniej tkwią chyba takie wersy tego poety (z pamięci, więc wybaczcie ewentualne, twórcze z mojej strony pomyłki ;))
O żyć zawsze i zawsze umierać!/O pogrzeby mnie dawnego i teraźniejszego/iść dalej (o żyć zawsze!) i zostawiać zwłoki za sobą.
no i znów jestem zakochana:)
będę dziś czytać Whitmana!