Kwiaciarka
kwiecień 14, 2008 autor entelepentele
Daleko, za granicą, w małym miasteczku, małym jak orzech, był rynek, latem rozpalony do czerwoności jak dobra patelnia. Odchodziły od niego drobne uliczki, wąskie jak wstążka, które skrzętnie biegły aż na granice, do pól, a potem nagle znikały w krzakach lub pod ziemią. Na rynku stał hydrant, malowany na niebiesko i stary pręgierz, nieużywany od dawna przez nikogo, a którym straszono niegrzeczne dzieci. Na środku rynku, co rano, lokowała się gruba kwiaciarka w tysiącu spódnic, grubszych i cieńszych, szarych i kolorowych. Po kilku godzinach siedzenia na stołku wśród kwiatów, spod tych spódnic wychodziły koty, rozespane i rozelektryzowane. Ona, w ciemnej chustce na głowie i bez jednej kropli potu na czole, nie robiła nic. Nie plotkowała w kramarkami obok, nie czytała gazet, nie rozwiązywała krzyżówek, nie robiła na drutach skarpet dla wnuków, nie modliła się i nie przeżuwała skórki chleba. Złożone ręce, czarne od kwiatowego soku, pomarszczone od ziemi, trzymała na na kolanach. Od momentu, gdy zobaczyłam ją pierwszy raz, do chwili, gdy widziałam ją po raz ostatni, siedziała w tej samej pozycji, zamyślona, ale z dumnie podniesioną głową. Ciemna twarz patrzyła prosto w słońce, bez strachu, ale też bez nadziei ogrzania się. Każdego wieczoru, gdy wracaliśmy do domu, ona podnosiła się ciężko ze stołka, zabierała puste wiadro po kwiatach i odchodziła jedną z wąskich ścieżek w dół miasteczka.

Pytaliśmy różnych ludzi, kto to jest ta dumna kobieta o tysiącu spódnic i ciemnej pięknej twarzy, ale wszyscy odpowiadali, że to tylko kwiaciarka i nikt nie wiedział nic więcej. Dopiero kilka godzin przed odjazdem, przy za gorącej kawie i za słodkim ciastku w kawiarni przy rynku, kelner mimochodem rzucił: - Ona przyszła do nas pieszo z Bośni. Cała jej rodzina nie żyje, miała trzech synów, których zabito na wojnie i dwie córki, jedną od razu zastrzelono we własnym łóżku, jak tylko ją zgwałcono, drugiej nie odnaleziono do tej pory. I podał nam rachunek.
—-
Czytam “Głód i jedwab” Herty Müller - eseje dłuższe i krótsze. Przerażający jest świat autorki, bo mimo że wyrwała się z najgorszego, nadal żyje strachem i w niebezpieczeństwie. Jej głowa nadal tkwi w Rumunii, choć nakarmione ciało może wreszcie przysiąść i nieco odetchnąć… Ludzie są zdumiewający, piekła, jakie sobie wzajemnie szykują, po wielokroć przebijają fantazją to właściwe, do którego każdy ma nadzieję nie trafić. Przebiegłości od rumuńskiej służby bezpieczeństwa uczyć się winni czarci, wyrafinowanie przesłuchań i rewizji w mieszkaniach wywołują totalne odrętwienie u tego, kto czyta, tymczasem dla milionów ludzi taka była codzienność… Naprawdę, są dni, gdy nie chce mi się wierzyć, że na takim świecie żyję…



Ta historia kwiaciarki mogla byc piekna…ale nie byla jak tysiace innych. Slow mi brak.
Rozpalona patelnia - majstersztyk. :)
Wzruszający i nie epatujący tekst, cichy niczym kroki skradającego się drapieżnika.
Takich kobiet doświadczonych okrucieństwem, jak opisana kwiaciarka jest mnóstwo, tylko nie dla wszystkich starczyło eseistów… Albania, Rumunia, Serbia, Ukraina lat 30-tych, Tybet etc. etc…
Myślę, że nie da się opisać wszystkich okrucieństw, jakich ludzie się na sobie dopuszczają, co nie znaczy, że nie należy próbować. Tak jak nie da się zapisać pięknych życiowych momentów - i to też należy robić. Każdy żyje w swoim własnym świecie, ale takie szpary w kurtynie, gdy ktoś, coś, pozwoli podejrzeć rzeczywistość od jej ciemnej strony są doprawdy dojmujące i zasmucające…
O tak, to dobre porownanie - szczelina w kurtynie, ktora pozwala zobaczyc cos niecodziennego, przykro, ze dzis nie jest to obraz zachwycajacy, ale wierze - na razie - ze na swiecie dobra jest wiecej niz zla - wydaje mi sie, ze te proporcje sa jeszcze zadowalajace.
i dobrze skonstruowany wpis - lubie takie, wiesz…
Ja sie naczytalam o okrucienstwach do mojej pracy magisterskiej - o przesladowaniu kobiet ze wzgledu na plec i problemach z uzyskaniem na tej podstawie statusu uchodzcy w Niemczech. Koszmar, koszmar! Chwilami naprawde nie moglam sie otrzasnac… I dalej to we mnie siedzi, i dalej czasem o tym czytam, bo trzeba sobie przypominac, jak nam jest tu dobrze i bezpiecznie.
obraz hydrantu przypomnial mi pewien wiersz darka sosnickiego:
HYDRANT STOI PRZY LACHOWICKIEJ
jak posąg chłopca w berecie, z utrąconymi rękami.
Ubiegłoroczna trawa schnie, wzrasta w spętane kolana i
słychać, jak trzeszczą nici rdzawego mundurka. Szczeliny
zielonookie w ulicy, szumy w głębi kanałów; nieco przejęci tkwimy
tutaj, czekając na transmisję, drzwi w kuchni mamy uchylone -
stacja wzmacniania nęcących odgłosów. W tamtą stronę
poszedł dziś transport resztek w worku z folii -
po posiłkach, po rannym rytuale pustym, pełnym woni
pasty do zębów i kawy. Innym, ciągle adresowanym od nowa,
wkrótce będziemy już sami: ty, ja, kilka toreb, pokurczona mowa.
badzo plastyczny opis i smutny.
ludzie ludziom…
Ludzie ludziom…. Biestialstwo i wymyślność tortur przekracza wyobraźnię
Dzięki F. (nie mogę się przyzwyczaić do tego, by cię nazywać Kretowiskiem:) za wiersz - czytałam parę wierszy Sośnickiego - on - razem z Suską - stanowią piękny duet, pięknych poetyckich dusz…
nie ma potrzeby nazywania mnie jakkolwiek
;-)
wstrząsnęłas mną , za pomocą zdjęcia, orzecha, pręgierza i kwiaciarki