
Najpiękniejsze prezenty mam nadal – myślę, że wszystkie:) Kilka zasuszonych kwiatów w albumie z podstwówki (no i opakowanie po gumie balonowej). Kulki marbles od koleżanki R., która dostawała je od ciotki z Niemiec i podarowała mi kilka. Nigdy w nie nie grałam – patrzyłam w nie ciągle, chcąc na moment wśliznąć się do ich wnętrza i popatrzeć na świat ze szklanej perspektywy. Mam kamienie, które ojciec przynosił mi z pól, właściwie połówki kamieni – każda o innym kolorze wnętrza. Dzięki nim dowiedziałam się, że kamień nie jest szarym, niezauważalnym bytem, ale ma swoje jestestwo – błękitne, czerwonawe, marcepanowe… Kilka mądrych książek od ludzi, którzy – dając mi je – mieli nadzieję, że czegoś się z nich nauczę (z jednych uczyłam się chętniej, z innych mniej). Mam puszkę po herbacie (bo herbata już wypita) i świecznik od W., takie piękne symbole wspólnego i aromatycznego czasu; szpilki z białymi łebkami i guziki rozmaite od babci, która podarowała mi je, gdy widziała, że próbuję coś szyć lalkom. Do dziś je mam, są dla mnie gwarancją dobrej roboty, zaczarowane ręką zacnej krawcowej. Afrykański mały kamienny kot od M., piekący dotyk słońca jak pieczęć:), szalik z gruzińskiej wełny, który został po J. i okazał się być prezentem, jak i płyta Diany Krall – wszystkie rzeczy tkają mocną siatkę rzeczywistości, dzięki której moja postawa jest wyprostowana i nadal wyczekująca nowych wrażeń…
Od drogiego M. kilka dni temu dostałam duaflexa za garść dolarów:) Nie mam do niego jeszcze filmu (pewnie też do dostania jeno w USA), ale już teraz – gdy patrzę w ten zachwycający obiektyw – dobrze wiem, co się będzie działo. Co zdjęcie, to będzie historia! Analogowa, nie cyfrowa, przemyślana… Obiektyw tego typu wyznacza świat dokładną, wyraźnie wyrysowaną, niemal nieprzekraczalną granicą… Zachwycam się samym oczekiwaniem na tę przygodę i odkrywaniem zupełnie od początku tego, co znane. To są ponowne narodziny mojego oka, mojego spojrzenia!
Kiedy ja się tak cieszyłam z prezentu? Chyba ze trzy lata temu, gdy drogi M. podarował mi na urodziny moją pierwszą naładowaną warszawską kartę miejską. Wtedy też świat stanął przede mną otworem…



Rzeczy bliskie, rzeczy małe, tak ważne i wielkie – tak ogromnie kształtujące nasze światy-aparaty-graty :)
Magia rzeczy szczególnych jest niezmierzona. Moniko, pyszna notka. :) Pozdrawiam.
Kochana, zrobię ci zdjęcie tym aparatem, jak tylko cię spotkam…
to piekna rzecz, przedmiot z dusza…
zazdroszcze i jestem przekonana, ze zrobisz z niego wlasciwy uzytek :)) juz sie ciesze, ze bede mogla ogladac efekty!!
a co do ladnych zdjec… to Twoje jest super ;)
Najbardziej intryguje mnie ten aparat na kliszę :-)
Cyfryzacja zdjęć ułatwia życie, ale jest jak mail zamiast listu pisanego piórem, jak cukierek przez papierek. Już zazdroszczę tego prezentu.
a ode mnie dostalas kiedys skarpetki :)
Och, A., pamiętam doskonale! Już ich nie mam, ale były piękne i ciepłe:)
Cyfrowe “odbitki” żyją ok 5 lat,klisze 100 lat.
Stosowne do Twojego aparatu dostaniesz w sklepie dla
zawodowych fotografów i już fakt,że kosztują sporo
sprawia,że należy z respektem podchodzić do każdego
pstryk.Miłego nowo-spogladania.
rzeczywiscie bzyk ma racje, klisze do tego rodzaju aparatow da sie kupic, tylko troche trzeba pospacerowac…
Piekny aparat i sliczne zdjecie :)
Ja tez mam chyba wiekszosc waznych dla mnie prezentow, a niektore, te nietrwale, mam w pamieci. Co ciekawe, wole dawac niz dostawac, ale o wielu danych innym nie pamietam…