
O tym, że jest czas matury, przypominają mi nie kasztany, ale tłumy pięknie ubranych dziewcząt, które – lekko zarumienione od egzaminacyjnych emocji – wypełniają ulice i kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, jak świetnie wyglądają. Dla nich garsonki i ciemne spódnice to przebranie, które po powrocie do domu zrzucą ze wstrętem i wszystkie od razu wskoczą w jednakowe ometkowane kombinezony:) Dopiero po parunastu latach – ze zdjęć – dowiedzą się, że zawsze powinny się ubierać w prosty i szlachetny krój, ale wtedy kształt łydki już nie ten, pierś mniej sprężysta, a o talii niektóre zdążą już zapomnieć… Wszystko płynie i przemija:) Jak moje imieninowe kwiaty – były i została po nich tylko smutna woda, bynajmniej nie kolońska…
Ale ja nie o tym, choć dziś, gdy – w przypływie wspomnień – powrócił do mnie obraz mojej maturalnej białej bluzki z tureckiego poliestru, zaczerwieniłam się bezwzględnie i uśmiałam jednocześnie. Chcę zanotować raczej to, że mimo najdziwniejszych kostiumów, kobieta wciąż pozostaje kobietą, to znaczy zestaw rzeczy dla niej najważniejszych jest zawsze (lub niemal zawsze) taki sam, tylko atmosfera się zmienia i czas wykonania jest inny. Drogi M. od pewnego czasu skupuje polskie filmy dokumentalne. Pięknie wydawane, technicznie podrasowane, dobrze opisane (to wydawnictwo wydało też antologię polskiej animacji dla dzieci, za którą F. przepada, szczególnie za filmem o samochodziku z muzyką Dudusia Matuszkiewicza). W tej antologii jest także Kazimierz Karabasz, znany mi skądinąd, choć dopiero teraz zaczynam go poznawać od początku. Obejrzeliśmy film “Krystyna M.”, nakręcony w latach 70. Opowieść o młodej kobiecie, która ze wsi gdzieś nad Bugiem, przyjeżdża do Warszawy, by osiągnąć lepszy status. W jej rozumieniu dokonała kroku wręcz stumilowego – z miejsca, gdzie przeznaczony byłby jej żywot gospodyni domowej i szybkie zamążpójście za przypadkowego chłopaka, do fabryki w Ursusie, gdzie ma odpowiedzialną pracę i widoki na dobre życie. Zachwyciła mnie jej konsekwencja i upór w działaniu. W pracy dziwią się, że kobieta może wykonywać zajęcia zarezerwowane dla mężczyzn, w technikum rozwiązuje zadania z fizyki zaledwie z kilkoma koleżankami – reszta to panowie. Ma czas na szydełkowanie (bo nie ma telewizora) przy tykaniu budzika i krótkie spotkania z przyjaciółkami. Cały czas przedziera się przez drętwą rzeczywistość, nie do końca wiedząc, dokąd ją ścieżka zaprowadzi, gdy tymczasem współczesne dziewczęta rzucają mimochodem do telefonu: – zdam maturę, potem SGH, prawo i po trzecie marketing, ojciec weźmie mnie do firmy, tam zacznę MBA… Chcą tego samego, ale jedna nie ma śmiałości marzyć i czeka, co przyniesie jutro, a druga już wymarzyła i została jej realizacja bez cienia spontaniczności…
Krystyna M. jest krucha – albo takie sprawia wrażenie – z urody może niezbyt delikatna, ale spojrzenie i głos nie zdradzają kobiety, która dzisiejszym maturzystkom przecierała szlaki w dostępie do tego, co mieli onegdaj tylko mężczyźni. Wyważone zdania, niezaśmiecona polszczyzna, zupełnie nie do porównania z tym, co słyszałam dziś na ulicy, gdy matrurzyści wymieniali się komentarzami na temat egzaminu. Jakby nie mieli czasu na refleksję, a ich języki musiały wciąż coś mówić, gadać, peplać… Coraz trudniej spotkać zrównoważoną nastolatkę, która nie musiałaby wszystkiego dostać zaraz i natychmiast, która ma czas nie tylko na papierosa i żucie gumy, ale na chwilę zastanowienia nad bożą krówką:)
Wzruszający to dokument (pomijając jego nieco propagandową wymowę – dziewczyny do fabryk, itp.) o kobiecie, która chce wyłamać się ze schmatu, odnaleźć swoją własną ścieżkę. Przyznam, że sympatyzuję z Krystyną dużo bardziej niż z jakąkolwiek spotkaną dziś maturzystką, bo to Krystyna wie, że ścieżka jest do przetarcia samemu, do wydeptania jej butami, a nie do spokojnego przejścia z jednego końca na drugi po to tylko, by przejść…
PS. Na mojej maturze z historii było Powstanie Warszawskie. 11 stron drobnym pismem, coś pięknego!



ja swoja mature zdawalam razem z bratem 6 lat temu – z polskiego w jego 18 urodziny. pamietam, ze rano bylo chlodno i ze pchnialy topole. ze sie denerwowalismy i ze tygodnie przed spedzalismy powtarzajac do ustnej ze wspolnymi znajomymi. i ze zdalismy a potem byly imprezy i egzaminy na studia i wakacje i inne egzaminy i cala reszta. i teraz sama musze zdecydowac, ze jest juz 24 i ze powinnam isc juz spac, bo jutro ide do szkoly:(
Ech, moja matura to pasmo nieszczesc – podarte rajstopy, wypisany dlugopis, sciagi, ktore zapotnialy i nic nie moglam odczytac… Ale pisemny polski wspominam dobrze – interpetacja i analiza wiersza. Kiedys to byly matury!
Co do Krystyny M. – jakos bardzo bardzo przypomina mi ta postac moich rodzicow, tez ze wsi, tez byla im przeznaczona praca w gospodarstwie, a zawzieli sie i skonczyli studia. Piekne sa takie historie – i dlatego uwielbiam filmy dokumentalne, bo swietnie zatrzymuja takie historie.
Ech, maturzystki… :)
Ja na ustnej historii pomyliłem Bolesława Ch. z Mieszkiem I i byłem przekonany, że nie zdam. A zdałem :)
I jeszcze mała uwaga – ja wcale nie jestem przekonany, czy dzisiejsze maturzystki nie mają przed sobą równie ciężkich wyzwań, co Krystyna M. Myślę, że mają, tylko inne. Gdyby Krystyna miała komórkę, też mówiłaby do niej, że chce do tego Ursusa i że chce lepiej żyć niż koleżanki.
Jasne, ja też często – zbyt często – narzekam na “dzisiejsze czasy” a na “dzisiejszą zdurniałą do imentu młodzież” w szczególności, ale to chyba moje własne tetryczenie, bo na młodzież już Platon narzekał…
Ech, maturzystki:)
Z pewnością mają przed sobą ciężkie zadania – moje tetryczenie wynika z chorobliwego sentymentalizmu i nostalgii, z tęsknoty za czasami Krystyn M.
Zula, Zula, mam nadzieję, że nie zaspałaś…:)
Ojjjj!!! Zebrało sie na wspomnienia, ale tak to już jest, że najpiękniejsze kasztany nie kwitną na Placu Pigalle, ale w czasie polskich matur. Zawsze, gdy je widzę przypominam sobie tamten czas.
Ja tylko w kwestii przypomnienia – nie szło o kwitnące kasztany na tym paryskim placu, ale o pieczone kasztany, które tam sprzedają – ale podobno faktycznie są tam najlepsze…
:)
Powstanie Warszawskie! :)))))
Ja pisałam o pełni człowieczeństwa! ;)
I znowu kwitną bzy. Maj jest piękny.
Takich kasztanów, jak w Pradze, to nigdzie nie ma.
Zazdroszczę Wam starej matury z polskiego tak, że aż nie moge o tym pisać, ech……………………… :>
…(o mojej nawet wspomiać nie warto – biedzenie się nad tym, co może być w kluczu, czyli jakiej dokładnie interpretacji się ode mnie oczekuje :/)
Była rzeczywiście jakaś sympatyczna siła w tej starej maturze – np. stos kartek, które trzeba było zapisać w ciągu pięciu godzin:)
Tomaszu – nie jadłam kasztanów w Pradze, ale wierzę, że jest jak piszesz:)