Zmarszczka nr 1
maj 7, 2008 autor entelepentele
B. donosi w liście o pierwszej zmarszczce. Niby pojawiła się znienacka, jak wampir Lestat wbiła swoje zęby w nieskazitelnie gładką twarz i nadszarpnęła kruche poczucie stałości i jędrności, jakim B. szczyciła się przez 30 lat życia. Zmarszczka niby niewielka, a jednak z godziny na godzinę rozrastająca się do rozmiarów Rowu Mariańskiego. Niewiele trzeba, by machina się rozpędziła i została naprowadzona na cel, którym jestem ja i odpowiedź na pytanie: - Ty już też odkryłaś jakąś zmarszczkę? Nie umiem odpowiadać na podobne pytania. Ale, przyparta do muru, wyłuszczam: tak, odkryłam, a moja zmarszczka jest pojemna jak spora torba podróżna, jak marynarski worek, gruba jak bela materiału i wielkokrotnie złożona jak metafora poetycka. Tłumaczę - jak dziecku, wszak po 30. człowiek rodzi się raz jeszcze, z czego składa się rasowa zmarszczka: z wylanych łez, z ochów i achów nad dotychczasowymi miłościami, z szaleństw studenckich imprez, z podkradanych papierosów, z piwa otwieranego zębami, ze słów “Nie będziemy już o tym rozmawiać”, drżenia łydek przed pierwszą kwalifikacyjną rozmową, z wiśni w kompocie oraz z innych składników, których nie warto tu wymieniać, bo każdy pomarszczony ma swój zestaw (a ja nie będę przecież do końca obnażać mojej pierwszej zmarszczki).

I tyle tłumaczeń. Zanotuję jeszcze, że tak naprawdę zmierzam w zupełnie innym kierunku niż pierwszozmarszczkowe kobiety. Będę zapuszczać brodę, zaiste gęstą i ciemną… To będzie broda “malinowy chruśniak”, słodka i bezwzględna. W niej to zaplączą się moje myśli o zmarszczkach, niespełnieniach i niezrealizowanych pomysłach. W niej uwiją gniazdo kosy i śpiewem odpędzą głupie pretensje, żale i nieuzasadnione paplaniny. Tu mieszkać będzie Ciotka Borowa, która na kaszubskich bagnach nęci wędrowców i ich topi, a w brodzie mej zatrzyma nędzne chwile zwątpienia i podupadania na duchu. Wszystkie te brodate zasieki są właśnie po to, by do głowy mojej nie przedostała się żadna, nawet najdrobniejsza, chęć zapytania kogokolwiek o jego pierwszą zmarszczkę.
Adieu, dziś czytam “Orlanda” i kiziam się z Virginią Woolf. Czyli cukier w normie.



A ja zębami nigdy nie potrafiłem. Za to o ławkę i zapalniczką - w mig! Z grzechów innych: brodę już miałem, palenie rzuciłem, daty narodzin pierwszej zmarszczki nie pamiętam, a włosy mam w połowie siwe…
A koleżance proszę przekazać, że jeśli tę pierwszą odkryła w 30 roku życia, to i tak świetnie się trzyma :)
Fizjognomię niektórych moich czytelników już znam - z kolegą nie miałam przyjemności się zaznajomić - ale nie mam wątpliwości, iż ta siwizna jest doprawdy szlachetnego odcienia:)
a w czyim tłumaczeniu “O.”? ja niestety mam to barbarzyńskie, więc cierpię, kiedy widzę imiona Orlando/Orlanda…
To jest - niech zerknę - tłumaczenie Tomasza Bieronia (Wyd. Znak), możliwe, że “barbarzyńskie”, bo odnajduję i Orlanda, i Orlandę:) Ale - przyznam - czuję ducha Virginii w zdaniach, nie może to być zatem najgorsze z tłumaczeń…
Orlando nie zmienia imienia, jest tą samą osobą - stąd moje oburzenie. Płci w zasadzie też nie zmienia, po prostu pewnego poranka budzi się jako kobieta.
Niestety też mam tę barbarzyńską wersję (i nijak nie mogę przypomnieć sobie, kto popełnił tłumaczenie, z którym miałam do czynienia jakoś na początku studiów).
Ja mam zmarszczke od 15 roku zycia - bruzde miedzy brwiami - powstala w momencie, gdy dowiedzialam sie, ze czlowiek sklada sie z wody i ze na wolnym rynku za skladniki, z ktorych zbudowany jest czlowiek, daja raptem pare dolcow. ot, tyle warte ludzkie zycie, wiec jak tu sie przejmowac zmarszczka?
A ja uwielbiam zmarszczki! Dopoki twarz gladziutka i mloda nie widac calej historii czlowieka, przeszlosci i doswiadczen, ktore ujawniaja sie wraz ze zmarszczkami. Dlatego lubie zmarszczki, pokazuja prawde i glebie czlowieka. Jak na razie w moim 29-letnim zyciu mam tylko szczescie miec zmarszczki pod oczami, od smiechu :) Innych poki co niet.
A “Orlanda”, ktorego oddaje, mam w przekladzie Wladyslawa Wojcika.
ooo, to chyba ten!
No to moze dlatego tak nie potrafilam sie wciagnac… Film jeszcze przede mna i WIEM, ze mi sie spodoba :) Czasem naprawde wole ekranizacje ksiazek, lepszy klimat.
No proszę - czyżbym miała w planie czytać dwa razy tę samą książkę, tylko w innym tłumaczeniu, khem? Na takie eksperymenty do tej pory jeno Szekspir zasługiwał - ale kto wie, moja sympatia do Virginii rośnie…
No jasne, że film się spodoba, bo gra w nim Tilda S.:)
A. Graff:
“Posłużyłam się jednak przekładem Tomasza Bieronia [Virginia Woolf, Orlando, tłum. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Zysk i s-ka, Poznań, 1994, s. 23-24]. Mimo niefortunnego, moim zdaniem, przemianowania Orlanda na Orlandę, kilku nadmiarowych przypisów, a także decyzji, by pozbawić tę książkę skorowidza, jest to przekład wyśmienity, znacznie lepiej oddający atmosferę i język oryginału niż staranniej wydana i “wierniejsza”, ale dziwnie sztywna wersja Władysława Wójcika. [Virginia Woolf, Orlando, tłum. Władysław Wójcik, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 1994]“.
Teraz sobie przypominam: tam język był nieco kanciasty. Z tego wszystkiego zaczęłam czytać oryginał :-) [http://gutenberg.net.au/ebooks02/0200331h.html]
Oj, oj, chyba wylądowałam w spamie - za link…
Film piękny (tylko trochę bardziej płaski, bo bez tych słownych subtelności, złośliwości i ironii Virginii), a Tilda boska. Polecam.
Odzyskałam ten wpis, droga J.:)
Moja skłonność do różnych tłumaczy tego samego utworu zmienia się z wiekiem. Jeszcze kilka lat temu uwielbiałam czytać Barańczaka tłumaczenia (dzięki niemu dotarł do mnie “Hamlet”), a dziś wracam do Słomczyńskiego z przyjemnością…
A cieszę się, że nikt na razie nie porwał się na “Grę w klasy” - Chądzyńska jest tu nie do przebicia (podobno, wiem to od gościa, co przeczytał w oryginale - twierdzi, że przekład jest nawet trochę lepszy:)
pierwsza zmarszczka, pierwszy botoks…
:)
I właśnie takich czytelników jak entele et consortes my tłumacze boimy się najbardziej ;) Całe szczęście, że skłonność do tłumaczy zmienia się z wiekiem :)
Ale ja też uważam, że Słomczyński jest one and only - zresztą tak samo jak Chądzyńska, która zdobyła mnie jednym zdaniem, z którym się zgadzam bez reszty. “To ma brzmieć po polsku” powiedziała kiedyś i tak tłumaczyła. I naprawdę - niewolnicza wierność oryginałowi w porównaniu z “brzmieniem po polsku” to betka. Zresztą wystarczy porównać “Władcę Pierścieni” Skibniewskiej (aplauz!) i Łozińskiego (Buu!)
A co do mojej siwizny…ot taka męska siwizna wynikająca z błędów własnych i cudzych :)
Pierwszy siwy włos w wieku lat osiemnastu. Czekam na zmarszczki. ;)
Mag i siwy włos… Nie do pojęcia:)
Drogi kolego Komerski - czytałam kiedyś anegdotę o tym, jak Cortázar przyjechał do Warszawy na spotkanie z czytelnikami i przerażony stanął w drzwiach sali, którą rozsadzał tłum (a i pod budynkiem czekała spora kolejka). Szepnął do Chądzyńskiej: “Coś ty tam powypisywała?”.
:)
Aha - nie wiem, jak to się odbije na moim wizerunku, ale “Władca Pierścieni” jest dla mnie nie do przejścia - obojętnie w czyim tłumaczeniu…
E tam siwy włos, ja mam cały kosmyk! Fryzjerki zawsze pytają o tę anomalię. Mnie to nie przeszkadza. :)
Zmarszczki? Wszystko zależy od tego jakie, tak myślę. Moja matematyca z podstawówki, postrach całej szkoły przez pokolenia, miała takie zmarszczki, że od razu było widać ich srogi rodowód. Groza, groza…
A to ciekawe z tym Tolkienem, droga koleżanko. Bo to jest dobra książka i ważna. Ale takie aberracje się zdarzają i nie są śmiertelne :) Nawet chyba leczyć nie trzeba.
Wizerunek się uzupełnił, acz nie zachwiał :)
dwa lata temu wpadlem w czarna rozpacz, gdy zauwazylem swoj pierwszy siwy wlos, teraz juz jestem przyzwyczajony
Wezmę się za Tolkiena - obiecuję - gdy już zupełnie osiwieję, a to (mam nadzieję) potrwa:)