Feeds:
Wpisy
Komentarze

Tu viendras

tu viendras

Przyjdziesz w upalny, skwarny dzień
Pod złoty żytni bróg
I legniesz jak liliowy cień
U moich nóg

W stęsknioną pieśń tchniesz wonny dech
Na skroń spaloną złożysz dłoń
Mym ustom podasz leśny mech
Rozzłocisz wzrokiem mroczną toń

Twój głos gdy srebrny sierp zadzwoni
Gdy o dojrzały bije ton
Pochylisz ku mnie miodny dzban
Pić będę z twoich dłoni

Przyjdziesz w upalny, skwarny dzień
W dolinę kwiatów, traw i słońca
Tam czekać będę z pieniem pień
Tam staniesz wszystka, piękna, drżąca

Przyjdziesz w upalny, skwarny dzień
Pod złoty żytni bróg
I legniesz jak liliowy cień
U moich nóg

—-

lubię.

A.

Kolega Telemach swoimi wpisami pod moją ostatnią notatką pobudził mój – i tak niemały – apetyt na kolejne anegdotyczne przygody. Na słowo anegdota od razu przypomniała mi się jedna z moich ulubionych, ta, której akcja toczy się w kawiarni “Czytelnik”, gdzie przy stoliku siedzą gawędziarze. Oczywiście ich gawędom przysłuchuje się rzesza wielbicieli. Pewna pani z publiczności wnikliwie przygląda się St. Dygatowi, wręcz przewierca go spojrzeniem. St. Dygat puchnie z dumy, wierci się na krześle, próbując pokazać pani swój lepszy profil. A ona, po chwili, pochyla się w jego stronę i szeptem, który naturalnie wszyscy słyszą, pyta: – Czy mógłby się pan trochę przesunąć? Zasłania mi pan Holoubka…

He!

wintertime

Kto czytał dziś “GW”? Szczerba się popisał pięknym tekstem o A. Pacino i R. De Niro. Wspaniały zbiór uroczych anegdot i złotych myśli, które już sobie wynotowałam:) Pacino – na przykład występował kiedyś w bostońskim teatrze. Przez całe przedstawienie grał dla – jak mu się wydawało – cudownych oczu. Gdy zapaliły się światła, okazało się, że to oczy psa przewodnika…

He! Pewnie dlatego do tej pory się nie ożenił. Ryzyko zakochania się w niewłaściwych oczach jest zbyt duże:)

A De Niro? Jak nikt zna się na sztuce filmowej. Absolutny perfekcjonizm: “Gdy grasz dramat, spędzasz cały dzień na waleniu gościa po głowie młotkiem czy co tam masz pod ręką. A w komedii wrzeszczysz przez godzinę na Billy’ego Crystala i idziesz do domu”:)  

Bez anegdot bym chyba przepadła. To taki bokeh nałożony na szarówkę. Kolorowe koła i obręcze, w których mieści się skondensowana uroda egzystencji. Chwile niewdzięczne i trudne, które po latach zmieniają zupełnie swoje zabarwienie, pokazują drugą, kompletnie inną twarz. Może to “zobaczysz, jeszcze będziemy się z tego śmiać” działa jak zaklęcie i faktycznie czarna godzina mija i robi się pastelowo, momentami nawet dowcipnie, żeby nie powiedzieć śmiesznie. Choć anegdotyczne bywają nie tylko momenty, ale i konkretne osoby, niektóre z nich przez całe życie żyją od anegdoty do anegdoty:) Virginia Woolf miała na przykład psa Hansa, który sam w sobie był wielką anegdotą. Lubił gasić łapą zapałki zapalane przez gości. Zakłócił ponadto kilka przyjęć, demonstracyjnie wymiotując na środku salonu, a pewnego popołudnia, gdy Virginia przyjmowała lady Strachey na herbatce, po prostu – jak pisze jej biograf – “zlał się na dywan przed kominkiem”, co zarówno gość, jak i gospodyni zignorowały, uznając, że tak będzie najlepiej”…

Zapisałam onegdaj następującą anegdotę: “W XVII w. Markiza de Coetlogon, dama francuska, gdy urodziła czarne dziecko, wmówiła mężowi, że winną jest czekolada, którą piła w ciąży. Mąż uwierzył i przyjął potomka, nie oddalił też czarnego służącego, który codziennie przynosił żonie ten napój do alkowy”.

Cudowne.

red eye

Historyjka wciąż mnie bawi, choć już dziś bawi mnie inaczej. Z większą dozą grozy. Z podobną bowiem naiwnością przyjmuję wiele rzeczy jako pewnik, nie wietrząc żadnego podstępu i nie czując smrodu kłamstwa. Wychodzę na tym różnie, czasem słodki niedostatek rozumu zostaje wynagrodzony jakąś niespodziewaną, nieprzewidzianą dla mnie nagrodą, a nieraz – co tu kryć, zdecydowanie częściej, – zostaję sama na scenie, w rzęsitstym deszczu kpin i jednoznacznych uśmieszków. Naiwość i profity to możliwe, zważywszy, że być może, gdybym była choć nieco bardziej zorientowana w kwestii wychowania i opieki nad dziećmi, być może byłabym nadal bezdzietna:) Choćby tylko drobna świadomość tego, że dosłownie – nie w metaforycznym, uduchowionym, narodowo-ojczyźnianym i martyrologicznym rozumieniu – odpowiada się za czyjeś życie. I nie chodzi jedynie o to, że trzeba trzymać to życie za rękę, gdy idzie się ulicą i przestrzegać, by nie uderzyło się w parapet, ale najzwyczajniej włożyć temu życiu palec do gardła, by oddało niepogryzione winogrona i pozbyło się bólu brzucha. Choćby to. 

Tak, tak, istnieje instynkt, tak, tak. Instynkt, który bez zastanowienia każe matce wkładać palec do gardła dziecku, a dopiero po fakcie zezwala się nad wszystkim zastanowić. No, ale jeśli zezwala, to się zastanawiam. Naiwność przyniosła wspaniały prezent, ale rachunek wystawiła niemały. Po to właśnie jest ten instynkt naiwny, by dopiero po fakcie uświadomić sobie, że gdyby się pewne rzeczy wiedziało, to by się świadomie nigdy ich nie zrobiło (przypomniała mi się cudowna scena z “Trainspotting”, gdy Renton nurkuje w sedesie – on też wcześniej by tego nigdy nie zrobił…).

——

Albo to wina Virginii Woolf. Czytam kolejną o niej książkę. A zawsze gdy o niej czytam lub ją czytam, dopadają mnie nastroje prosto z Hyde Park Gate 22. Takie nastroje, że zacytuję – “przebić brukowy kamień i oddać się mgle”.

Szumy zlepy cążki

Jeśli ktoś będzie niedługo w Brukseli, proszę odwiedzić wystawę, którą firmuję swoją twarzą:)

invitation

Wystawia Jef Aerosol (flickr::my space), gość z innego świata. Poznałam go przez flickr i przepadłam. Od pierwszego wejrzenia zostałam oddanym fanem tego, co robi (są dowody w sieci:). Ponadto – mimo że jeszcze się nie poznaliśmy i nie uścisnęliśmy sobie rąk – jestm przekonana, że to niezwykle ciepły i miło odjechany człowiek. Francuz, obieżyświat, grafficiarz – ale jaki (Chihiro miała okazję usiąść przy jednej z jego prac, zazdroszczę:) i do tego ma coś, czego ja być może nigdy się nie nauczę – nieograniczoną otwartość na ludzi i wynajdywania w nich dobrych pierwiastków. Odwzorował mój portret ze zdjęcia, choć zazwyczaj sam fotografuje tych, których chce namalować i wykonał dwa obrazy na płótnie. Jeden – mam nadzieję – niedługo do mnie przyleci, drugi będzie na wystawie. Ciekawam, czy ktoś go kupi:))))

Nie lubię blogowych łańcuszków. Dziwaczne pytania i ta nieznośna konieczność typowania kogoś jeszcze, a wtedy wszyscy pod koniec czytania postu drżą i myślą: – Tylko nie ja, proszę, proszę:)) Ostatnio otrzymałam dwie propozycje, ale pochylę się nad jedną i żeby nie było wątpliwości i drżenia rąk nikogo nie wzywam do odpowiedzi… 

O jakiej porze dnia czytasz jak najchętniej?
Obojętnie.
Gdzie czytasz?

W pokoju z wyjściem na korytarz.
Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu? 
Na środkowym uchu.
Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Te, które świat przedstawiają najmętniej i najnamiętniej.
Jaką książkę ostatnio kupiłaś?
O tym, jak trzymać wazon, gdy za dużo wypiłaś.
Co czytałaś ostatnio?
Przepis na kulę armatnią.
Co czytasz aktualnie?
Podręcznik “Manualnie. Mentalnie. Muzykalnie”.
Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
Zakładki są jak pomadki, koniecznie pożyczone od matki.
Bez nich książka jest nogą bosą.
Co sądzisz o książkach do słuchania?
Gdy czyta Opania, sprawa jest do wygrania…
Co sądzisz o e-bookach?
To samo, co o obibokach.
Polubiłam sushi:) Pałeczkami próbuję jeść parówkę, muszę ćwiczyć, ćwiczyć… Wielka jest bowiem różnica w jedzeniu sushi widelcem – czy w ogóle można nawet napisać coś takiego? Sushi widelcem… 

« Nowsze Posty - Starsze wpisy »