Zapisałam onegdaj następującą anegdotę: “W XVII w. Markiza de Coetlogon, dama francuska, gdy urodziła czarne dziecko, wmówiła mężowi, że winną jest czekolada, którą piła w ciąży. Mąż uwierzył i przyjął potomka, nie oddalił też czarnego służącego, który codziennie przynosił żonie ten napój do alkowy”.
Cudowne.

Historyjka wciąż mnie bawi, choć już dziś bawi mnie inaczej. Z większą dozą grozy. Z podobną bowiem naiwnością przyjmuję wiele rzeczy jako pewnik, nie wietrząc żadnego podstępu i nie czując smrodu kłamstwa. Wychodzę na tym różnie, czasem słodki niedostatek rozumu zostaje wynagrodzony jakąś niespodziewaną, nieprzewidzianą dla mnie nagrodą, a nieraz – co tu kryć, zdecydowanie częściej, – zostaję sama na scenie, w rzęsitstym deszczu kpin i jednoznacznych uśmieszków. Naiwość i profity to możliwe, zważywszy, że być może, gdybym była choć nieco bardziej zorientowana w kwestii wychowania i opieki nad dziećmi, być może byłabym nadal bezdzietna:) Choćby tylko drobna świadomość tego, że dosłownie – nie w metaforycznym, uduchowionym, narodowo-ojczyźnianym i martyrologicznym rozumieniu – odpowiada się za czyjeś życie. I nie chodzi jedynie o to, że trzeba trzymać to życie za rękę, gdy idzie się ulicą i przestrzegać, by nie uderzyło się w parapet, ale najzwyczajniej włożyć temu życiu palec do gardła, by oddało niepogryzione winogrona i pozbyło się bólu brzucha. Choćby to.
Tak, tak, istnieje instynkt, tak, tak. Instynkt, który bez zastanowienia każe matce wkładać palec do gardła dziecku, a dopiero po fakcie zezwala się nad wszystkim zastanowić. No, ale jeśli zezwala, to się zastanawiam. Naiwność przyniosła wspaniały prezent, ale rachunek wystawiła niemały. Po to właśnie jest ten instynkt naiwny, by dopiero po fakcie uświadomić sobie, że gdyby się pewne rzeczy wiedziało, to by się świadomie nigdy ich nie zrobiło (przypomniała mi się cudowna scena z “Trainspotting”, gdy Renton nurkuje w sedesie – on też wcześniej by tego nigdy nie zrobił…).
——
Albo to wina Virginii Woolf. Czytam kolejną o niej książkę. A zawsze gdy o niej czytam lub ją czytam, dopadają mnie nastroje prosto z Hyde Park Gate 22. Takie nastroje, że zacytuję – “przebić brukowy kamień i oddać się mgle”.