Kanały:
Wpisy
Komentarze

Republika października

flare

Kto mieszka w Poznaniu, ten wie… Choć pewnie nie jest to kultowe miejsce, bo na Starym Rynku, a wiadomo – na Starówki chadzają japońskie wycieczki i desperaci (taki jest wynik moich skromnych badań socjologicznych:). A więc, kto mieszka w Poznaniu, może zna Republikę Cacao, czekoladziarnię na ulicy, której nazwy nie pamiętam. Dają tam czekoladę w filiżankach i inne pokusy. Byłam tam kilka razy, ale sobota to był dzień, kiedy odkryłam, że pracuje tam najpiękniejsza kobieta, jaką do tej pory widziałam. Poza Moną Lisą, ale z nią nie miałam przyjemności osobistego obcowania… Kobieta, choć właściwie dziewczyna, w wieku studenckim bowiem, o wdzięcznej figurze, śmietankowej cerze, przyprószonej rumieńcem, nosie jak z Modiglianiego i burzy rudo-słomianych włosów, upiętych niedbale. To szczątkowy opis, ale pisarz ze mnie żaden, by silić się na karkołomne metafory. Piorunujące wrażenie i rozdziawione usta wystarczą. I jeszcze ten powiew radości, który ze sobą przynosiła, niby wiatr, który wpada w nozdrza w innym, nieznanym, ale pięknym kraju… Zachwycająca!

Choć zaznaczyć należy, że to może i efekt tego miękkiego październikowego nalotu, welurowego szlafroka, w który ubierają się kolejne dni tego miesiąca. Futro, gęste i grube, które ociepla relacje, chłodne słowa, zimne barwy. Mgła, która nie opada, a wycisza i wytłumia szumyzlepyciągi… Taki październik jest wielki, królewski, bo harmonijny i niekrzykliwy. Zachwycający, pachnący, pudrowy. 

Jutro szaleństwo urodzinowe. Kłaniam się giętko, jutro będę już starsza i kulom się kłaniać nie będę:)

Czułość wrześniowa II

Zachwycona jestem tym, co Makowepole napisała pod wcześniejszą “Czułością wrześniową”. By nie szukać, zacytuję: “[...] kroiłyśmy z mamą i siostrą słoninę na smalec i skwarki, a nasi mężczyźni byli wtedy daleko… Tak jakoś wtedy mocno odczułam, że kobiecość ma jakiś związek z czułym dotykaniem ciała, swojego, innego ludzkiego, ale i zwierzęcego…Potem mi się to przypomniało w połogu: ciało Malutkiej było takie jeszcze niepełne, dotykałam jakbym w ten sposób chciała ją dokończyć… A moje nagle straciło pełnię…”

Ale – prawda? – szybko ją jednak odzyskało… I wzbogaciło się jeszcze na tej transakcji:)

Wracam do czułości wrześniowych, bo z jesienią wraz wraca tęsknota za mięsem… Nie tyle za ciepłym mięsem w gęstym sosie, ale za mięsem w czystej postaci… Przypomina mi się zazwyczaj wtedy pewien spektakl, który W. zrobiła parę lat temu, gdzie aktorki rozprawiały się z wołowiną chyba… Tasakiem i palcami… Wtedy to chyba dopiero odkryłam ekscytację, która wiąże się z oprawianiem mięsa… Złapałam fale jakiegoś pierwotnego instynktu, który każe szybko i zgrabnie oporządzić, bo się zmarnuje, a do tego robić to wszystko z szacunkiem i bez wyrzutów sumienia. Nie boję się mięsa od tamtej pory, ja, która palcem przez ponad 20 lat nie dotknęła surowej kurzej nogi. Ale też ja, dla której jednak rzeźnickie harce stanowiły od zawsze poetyckie misterium… Może tak się baba rodzi w człowieku? Od poczucia mięsa? Nie mam jednak na myśli jedzenia go, to inna sprawa, ale właśnie gotowość, ujarzmiony strach przed dotknięciem czegoś, co jest w nas samych, do sprawdzenia palcem jędrności ścięgien i mięśni… Ten pierwszy kontakt jest aksamitny wręcz, reszta to prozaiczne formowanie kotleta…

 

berries

Cieszy mnie październik, który się rozpocznie jutro (słotą i zimnem podobno). Skarby ma przynieść. Wreszcie jesienne skarby, bo wrzesień się nie postarał, choć maliny długo z nami były… Jedyne co, to kilka zmutowanych, wielkich kasztanów i kilka bezkształtnych liści. Niewiele. Liczę na więcej urodzinowych prezentów w tym roku. Na razie odejście lata osładzam marskaponem i maliną, drinkiem z tartym imbirem i miodem oraz chęcią na grubą książkę (koleżanka Chihiro w Paryżu, może coś podpowie?).

Liczę też na obowiązkową obecność wszystkich Iluzjonistów, w październiku ostatni seans w starym kinie. I – jeśli dobrze wejrzałam w repertuar – będzie to “Książę Drakula”. Czyli – tak czy siak – krew się poleje!

Czułość wrześniowa

Lady Lazarus

Kolekcjonuję różne czułości. Zachwyca mnie to charakterystyczne zmiękczenie w kolanach i watowatość łydek, gdy napiera na mnie fala czułości. Mam wrzesień za miesiąc czuły i odważny w swojej czułości. Lubię drzewa, które rozebrane, mają fantazyjne guzłowate konary, zupełnie jak guzy kręgów na plecach pewnej chudej, znanej mi kobiety… Kobiecych i drzewnych guzłów dotyka się bowiem z równą czułością i przyjemnością, jedne i drugie są zapisem lat i jesieni, dni i minut, czułych, ale i bezwzględnych, okrutnych, płaczliwych…

Czułość wzbiera, gdy w misce rozcieram mięso na kotlety mielone i pod zaręczynowy pierścionek wślizgują mi się czerwone włókna, głęboko zwierzęce, wysokobiałkowe. Właściwie trudno dyplomatycznie wyjasnić dlaczego, bo dlatego, że z dwojga zwierząt, to ja mieszam mięso, a nie jestem mieszana (choć i do tego pewnie dojdzie w swoim czasie). Czułość, nie triumf, bo wiem, jak łatwo te role są odwracalne. Poza tym dobra jest świadomość potrzeby formowania kotletów, ustanawiania z nich istotnego życiowego filaru, na którym życie można zbudować. Trwały fundament codzienności…

I jeszcze gdy zrywam folię z płyty kupionej przed chwilą, aż czułość kipi wewnątrz, gdy czytam: “ja ocean niespokojny w mojej głowie gwiezdne wojny”, “nawet gdy się schlam swój pion mam”. Och, że też tak można tęsknić! Ile to lat? Trzy? Maria Awaria wyrasta – śmiem twierdzić – na Stasia Barańczaka w pióropuszu indiańskim. Czułość mnie zalewa, gdy czuję jak ta baba pisze, jakby piła ze wszystkich kobiet ich najbardziej intymne soki i kradła im sny, których nie opowiadają nikomu…

W końcu są kobiety pistolety i kobiety jak rakiety i (dodam od siebie) kobiety epolety – ale one kompletnie nie wzbudzają mojej czułości… 

yeah

Historia prowincjonalna

Barmanka Rita, córka Roma (tzn. Cygana), zwanego na mieście Romulusem, bo karczmę “Rzym” zbudował tuż nad potokiem, w chwilach wielkiej wściekłości potrafiła siłą woli unosić szkło do piwa i rzucać nim po ludziach… Zdarzało się to tym częściej, im więcej tanich filozofów wpadało w sobotę na wieczorne mordobicie. Filozofowania Rita nie znosiła jeszcze bardziej, życie jakie jest, takie jest i nie ma tu nic do filozofowania. A połączenie taniego piwa i miejskiego filozofa wywoływało w niej taki huragan, że w niedzielę rano w barze zastawała zazwyczaj ojca na klęczkach płaczącego nad rozbitą w proch baterią kufli i szklanek. Brała wtedy w ręce twarz ojca i patrzyła na nią długo wilgotnymi oczami. – Mój czas nadejdzie – mawiała zazwyczaj. – A wtedy będziesz płakał, że mnie już nie masz…

walk

To był jasny wieczór, czerwcowe przesilenie, duchy latały po dworze nie zatrzymywane przez nikogo, powietrze się kurczyło i nabrzmiewało energią, złotą mocą nieprzekupną, która wybucha tylko wtedy, gdy w niebie szwy puszczają i wpada przez dziurę nieco spektakularnej siły, okruch kamienia filozoficznego… 

Do “Rzymu” zajrzał obdarty grajek, akordeonista, jakich wielu gra po tramwajach w wielkich miastach. nogi miał szczupłe, smagłe, ręce nienawykłe do pracy, usta szerokie, by zmieściło się w nich sporo jedzenia za jednym razem, oczy bezczelne i śmiałe. Z progu przystąpił do baru, kazał nalać sobie piwa, brzęknął wyżebraną monetą i zagrał, rzecz jasna, zagrał tak, jak jeszcze żaden Cygan nie grał, ba, nawet nie słyszał. I nawet zaśpiewał, że życie piękne jest, że trzeba kochać i tęsknić, że tęsknota uszlachetnia i hartuje… 

Ritę ogarnęło sobotnie szaleństwo, znaczniejsze niż zazwyczaj, szkło niemal topiło się w jej dłoniach, chrzęściło w palcach… Zobaczyła przed sobą błyskawicę, tępy nóż wbił się w jej gorące serce. Wskoczyła jednym susem na bar, przysunęła do siebie twarz grajka i wycisnęła mu na ustach gorący pocałunek. Miejscowi filozofowie wydali z siebie jęk zazdrości. Ale na krótko, bo zaraz potem Rita wewnętrzną siłą porwała z kontuaru wielki kufel piwa i rozbiła go na głowie akordeonisty, uśmiercając go jak jętkę jednym ciosem…

Zabierał ją niemrawy milicjant nad ranem pierwszego dnia lata. Ojciec w rozpaczy opowiadał później, że wyglądała jak zwiędnięty kwiat paproci… 

W karczmie “Rzym” ustało filozofowanie, za to Rita pisze z więzienia rzewne listy, że tęsknota uszlachetnia i hartuje… I tak od dwudziestu lat…

« Nowsze Posty - Starsze wpisy »