
Kto mieszka w Poznaniu, ten wie… Choć pewnie nie jest to kultowe miejsce, bo na Starym Rynku, a wiadomo – na Starówki chadzają japońskie wycieczki i desperaci (taki jest wynik moich skromnych badań socjologicznych:). A więc, kto mieszka w Poznaniu, może zna Republikę Cacao, czekoladziarnię na ulicy, której nazwy nie pamiętam. Dają tam czekoladę w filiżankach i inne pokusy. Byłam tam kilka razy, ale sobota to był dzień, kiedy odkryłam, że pracuje tam najpiękniejsza kobieta, jaką do tej pory widziałam. Poza Moną Lisą, ale z nią nie miałam przyjemności osobistego obcowania… Kobieta, choć właściwie dziewczyna, w wieku studenckim bowiem, o wdzięcznej figurze, śmietankowej cerze, przyprószonej rumieńcem, nosie jak z Modiglianiego i burzy rudo-słomianych włosów, upiętych niedbale. To szczątkowy opis, ale pisarz ze mnie żaden, by silić się na karkołomne metafory. Piorunujące wrażenie i rozdziawione usta wystarczą. I jeszcze ten powiew radości, który ze sobą przynosiła, niby wiatr, który wpada w nozdrza w innym, nieznanym, ale pięknym kraju… Zachwycająca!
Choć zaznaczyć należy, że to może i efekt tego miękkiego październikowego nalotu, welurowego szlafroka, w który ubierają się kolejne dni tego miesiąca. Futro, gęste i grube, które ociepla relacje, chłodne słowa, zimne barwy. Mgła, która nie opada, a wycisza i wytłumia szumyzlepyciągi… Taki październik jest wielki, królewski, bo harmonijny i niekrzykliwy. Zachwycający, pachnący, pudrowy.
Jutro szaleństwo urodzinowe. Kłaniam się giętko, jutro będę już starsza i kulom się kłaniać nie będę:)





